Banda świrów, version 2.0

Kiedyś w Kielcach była „Banda świrów”. Wówczas pod okiem Leszka Ojrzyńskiego kielczanie emanowali charyzmą opartej na wielkiej ambicji połączonej z ogromną determinacją. Dziś też jest „Banda świrów”, ale tym razem zespół „Scyzoryków” przypomina prawdziwy dom wariatów.

Za czasów Leszka Ojrzyńskiego w Koronie grali tacy zawodnicy jak Maciej Korzym, Kamil Kuzera, Aleksandar Vuković, Paweł Golański, Pavel Stano czy Paweł Sobolewski. Dziś Korzyma już nie ma, bo klub zdecydował się rozwiązać z nim kontrakt. Nie ma też Pavla Stano, czy Aco Vukovicia, ale Golański, Sobolewski czy Kuzera wciąż pozostają do dyspozycji trenera Ryszarda Tarasiewicza. Problem w tym, że są oni wyłącznie reliktem dawnej epoki, która zwyczajnie przeminęła. Powinna w tym miejscu nastąpić ewolucja, ale piłkarska natura zadecydowała inaczej.

W starciu z Górnikiem Zabrze Korona wygląda bardzo słabo. W porównaniu z ekipą, którą prowadził Leszek Ojrzyński kielczanie wyglądają jak po operacji zmiany płci. Podobnie było w meczu z Cracovią, a wcześniejsze mecze z Pogonią, Zawiszą i Bełchatowem również nie przyniosły nic pozytywnego. Dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że władze klubu starają się za wszelką cenę pozbyć etykiety przyklejonej przez „Bandę świrów”. Tyle, że przez te działania klub naprawdę zaczyna przypominać dom wariatów.

Zobaczmy kto przyszedł do klubu podczas letniego okienka transferowego. Cerniauskas z rumuńskiego Vaslui (25 gier w poprzednim sezonie), Nabil Aankour z głębokich rezerw Bastii, Leandro z ukraińskiego Użhorodu i Boliguibia Ouattara z jordańskiego Al-Wehdat. Patrząc na ich piłkarskie cv nie wygląda to może najgorzej, ale patrząc na mecze Korony nie sposób pozbyć się wrażenia, że władze klubu podejmowały decyzje o ich sprowadzeniu w oparciu o wikipedie, bowiem cała czwórka łącznie z Kiryło Petrowem spisuje się w bieżącym sezonie jak Forrest Gump w swoim pierwszym intymnym spotkaniu z dziewczyną.

W efekcie z tego bałaganu powstała „Banda świrów 2.0”. Tyle, że tym razem ta banda nie jest nabuzowaną testosteronem zgrają wściekłych gladiatorów, lecz grupką zdezorientowanych Forrestów Gumpów, którym ktoś krzyknął „Run Forrest, run!”. Wyobrażacie sobie zgraję Forrestów podążających po zwycięstwo w meczu ekstraklasy? Spróbujcie, to może okazać się zabawne.

Najdziwniejsza jest w tym wszystkim rola Ryszarda Tarasiewicza. Człowiek, który osiągnął sukces z Zawiszą Bydgoszcz teraz będzie miał problem z utrzymaniem Korony w ekstraklasie. Miał pracować w Valenciennes, a wylądował w samym środku bałaganu totalnego. Ale może właśnie o to w tym wszystkim chodzi? Może Tarasiewicz ma być człowiekiem, który stworzy coś z chaosu i jednocześnie potwierdzi, że jest prawdziwym fachowcem sztuki trenerskiej. Jeśli mu się to nie uda, to dla Korony i dla „Tarasia” zamkną się drzwi do ekstraklasy.

Legii gra o honor, czyli być równym i doścignąć równiejszych

Jeżeli istnieje coś takiego jak honor, jeżeli tli się jeszcze w człowieku poczucie sprawiedliwości, jeżeli gdzieś tam w sercu pozostał kawałek ludzkiej komórki, która nie została jeszcze zarażona wirusem chciwości, decyzja UEFA powinna być następująca – Legia powinna zostać przywrócona do rozgrywek Ligi Mistrzów. Jednak, czy piękne idee nie są domeną przegranych?

 

Honor – słowo klucz w tym całym zamieszaniu. Polscy dziennikarze, kibice oraz działacze odmieniają teraz je przez wszystkie przypadki. I wszystkim wydaje się, że mają rację, bo boisko bardzo brutalnie zweryfikowało, kto w pojedynku Legia – Celtic jest lepszy i kto zasługuje na dalszą walkę o udział w Lidze Mistrzów. Zanim jednak zaczniemy nadużywać tego słowa, zanim zaczniemy głosić na lewo i prawo piękne idee i oskarżymy wszystkich Szkotów o brak szacunku do samych siebie, zastanówmy się jak sami byśmy się w tej sytuacji zachowali.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: pracownik pewnej firmy wykonał zadanie, ale osiągnął cel dzięki nielegalnym działaniom, w wyniku czego został zwolniony. Właśnie ty, drogi czytelniku, masz zająć jego miejsce, a twoje zarobki będą podwojeniem, potrojeniem, lub podziesięciorzeniem dotychczasowej pensji. Co robisz? Czy uniesiesz się honorem i odrzucisz propozycję? Przecież wiesz, że masz mniejsze kwalifikacje i doskonale rozumiesz, że ktoś inny wykonywał tę pracę lepiej.

Honor to fajne słowo, jednak zbyt często jest ono używane jako zamiennik wytrychu. Legia sama zamknęła sobie drzwi (błąd jednostki jest błędem klubu, który składa się z wielu jednostek reprezentujących klub) i nie wciskajmy jej w ręce narzędzia do wyłamania zamku, udając, że dążymy do honorowego rozwiązania. Ono jest honorowe, ponieważ nam jest to na rękę. Gdyby Legia była tam, gdzie obecnie znalazł się Celtic słowo „honor” zapewne by się pojawiło, ale przemknęłoby przez media niczym meteor i szybko zostałoby zakopane całą masą układających się w bardziej przyziemne słowa liter.

Jednak gdzieś w tym całym zamieszaniu jest pewne światełko w tunelu. Takie małe światełko podręcznej latarki, która może oświetlić miejsce, w które trzeba wsadzić wytrych. Otóż UEFA już niejednokrotnie pokazała, że potrafi iść na ustępstwa i może znaleźć miejsce w Lidze Mistrzów na przykład dla Liverpoolu, choć ten nie wywalczył sobie do niej przepustki (Liverpool jako zwycięzca Ligi Mistrzów nie mógł bronić trofeum ze względu na niską pozycję w lidze. UEFA zmieniła regulamin, żeby to miejsce się znalazło) . A skoro może oświetlić drogę bogatym, to dlaczego ma tego nie zrobić biedniejszym.

W moich oczach Legia nie walczy o Ligę Mistrzów, nie walczy o żaden honor – walczy o równouprawnienie. Jeżeli po wykluczeniu z Ligi Mistrzów skuliłaby ogon i pogodziła się z decyzją europejskiej centrali, postawiłaby polski futbol w pozycji outsidera. Wyobrażacie sobie, jak wykluczona Barcelona, Real Madryt czy Bayern Monachium grzecznie akceptują decyzje o pozbawieniu szansy na zarobienie kilkuset milionów euro i traktują grę w Lidze Europy jako uzasadnioną karę? Wyobrażacie sobie, że centrala wyklucza jeden z tych klubów? Owszem, można sobie wyobrażać różne rzeczy, można nawet uwierzyć, że wytrych jest magicznym kluczem, który otworzy drzwi do Ligi Mistrzów i może rzeczywiście nim jest. Nie mieszajmy jednak do tego honoru. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego.

Dla Ekstraklasa.net – 13.09.2014

 

Oddech Mundialu: Faworyci do inspekcji

Ilu ekspertów, tyle opinii, ale jedno zawsze się zgadza – jako głównych faworytów wszyscy wskazują te same drużyny. Brazylia, Niemcy, Hiszpania, Argentyna a niektórzy dodają także Włochów i Anglików oraz ostatnio Francuzów – to oni znaleźli się w wąskim gronie kandydatów do miana najlepszej drużyny świata. Sprawdźmy zatem czego możemy się po nich spodziewać i czy eksperci przypadkiem nie zapominają o kimś jeszcze.

Obrazek

Na początek trzeba się pochylić nad zasadnością obecności w tym gronie Anglii i Włoch. Obie ekipy zmierzą się ze sobą już w fazie grupowej i niewykluczone, że dla jednej z nich mundialowa przygoda zakończy się na tym etapie, bowiem w tej grupie jest jeszcze Urugwaj. Dodatkowo Włosi stracili swojego kapitana, Riccardo Montolivo, który złamał nogę. Wymowny jest też fakt, że „Squadra Azzurra” nie odniosła zwycięstwa od siedmiu spotkań! W tym czasie trafiły się remisy z Danią, Niemcami, Nigerią, Irlandią oraz Armenią, a także porażka z Hiszpanią. Mało tego, podopieczni Cesare Prandelliego nie zdołali pokonać słabiutkiej drużyny z Luksemburga! Po takim wyniku nawet najbardziej niepoprawni optymiści nie wierzą w sukces Włochów. Bukmacherzy również nie wierzą w ekipę Italii, bowiem aktualny kurs wynosi 21.00.

− Włochów nie traktuje się jako głównego kandydata do zwycięstwa. Zawsze wydaje się. że są mocniejsze zespoły, ale jakoś dochodzą daleko i odgrywają bardzo ważną rolę w turniejach. Jestem przekonany o tym, że teraz namieszają. − mówił Christian Brocchi w rozmowie z Przeglądem Sportowym.

Notowania Anglików stoją jeszcze niżej – 28.00, ale nad tym zespołem trzeba się pochylić trochę bardziej. Roy Hodgson powołał pięciu piłkarzy Liverpoolu i postawienie na zgrany zespół może przynieść nadspodziewanie dobre efekty. W meczu towarzyskim z Peru cała piątka pojawiła się na boisku. Gerrard, Henderson, Johnson i Sturridge zagrali od początku, a Sterling wszedł na boisko w drugiej połowie. Efekt – bramka Sturridge’a, asysta Johnsona i wynik 3:0. W meczu z Danią od początku zagrała cała piątka i Anglicy zwyciężyli 1:0 po golu Sturridge’a. Biorąc pod uwagę zmęczenie sezonem, a także brak czasu na zgranie drużyny, zabieg Hodgsona może okazać się strzałem w dziesiątkę, albo przynajmniej w jej okolice. W tym przypadku można nieco zbagatelizować remisy z Ekwadorem i Hondurasem, ponieważ Anglia z każdym kolejnym meczem powinna się rozkręcać i w porównaniu ze zmęczonymi rywalami powinna mieć duży argument jakim jest gra na pamięć. Mimo wszystko ewentualny sukces Anglików byłby rozpatrwany w kategorii dużej niespodzianki.

− Na Wyspach wszyscy czekają na wielki sukces, bowiem na poziomie reprezentacyjnym dawno żadnych sukcesów nie było. Anglicy mogą szukać różnych sposobów, ale wydaje mi się, że nie mają takiego potencjału by wylądować choćby w strefie medalowej. − typuje były piłkarz Amiki Wronki czy Śląska Wrocław, Remigiusz Sobociński.

A jak to jest z Francuzami? Po wysokim zwycięstwie w meczu towarzyskim z Jamajką pojawiły się opinie, że ta drużyna może wygrać Mundial. Czy są ku temu podstawy? Przygotowania „Trójkolorowych” rzeczywiście idą wyśmienicie, a dobre wyniki w ostatnich sprawdzianach budują pozytywną atmosferę. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na fakt, że podopieczni Didiera Deschampesa mają jeden z najlepszych duetów na środku obrony: Raphaela Varane’a i Mamadou Sakho. Obaj są młodzi i jeszcze trochę niedoceniani, ale po tym Mundialu mogą być stawiani na równi z Sergio Ramosem czy Thiago Silvą. Francja będzie niebezpieczna, ale w decydującym momencie może jej zabraknąć błysku geniuszu, który gwarantował kontuzjowany Franck Ribery. Bukmacherzy nie wierzą w Francuzów, kurs wynosi 25.00.

− Francja może zajść daleko. Czarne owce w stylu Nasriego zostały wyeliminowane i utworzył się mocny kolektyw. Podstawą są zawodnicy, którzy mają za sobą udane sezony jak Benzema czy Giroud i to może sprawić, że Francja będzie się liczyć w walce o wygranie Mundialu − powiedział były zawodnik francuskiego Auxerre, Arkadiusz Ryś.

Reprezentacja Hiszpanii jako obrońca tytułu należy do grona głównych faworytów, ale są tacy, co uważają, że nie wygra ona grupy i w 1/8 zakończy swój udział w Mundialu, przegrywając z Brazylią. Bohaterowie są zmęczeni, wręcz wypaleni – to argument, który przemawia za zakończeniem passy sukcesów reprezentacji Hiszpanii. To fakt, ta passa sukcesów musi się kiedyś skończyć i jeśli Hiszpanie nie zagrają jak prawdziwy drapieżnik przeciwko Chilijczykom to nie zajmą pierwszego miejsca w grupie a ich dalsza droga będzie wyjątkowo kręta i wyboista. Właśnie dlatego Hiszpanom tak potrzebny jest Diego Costa. Ten zawodnik wnosi do drużyny pewną wartość, bowiem kogo jeśli nie jego można nazwać futbolowym drapieżnikiem. To on może wnieść do drużyny niezbędną pasję. Zdaniem bukmacherów to może się udać, ponieważ kurs na triumf Hiszpanii wynosi 7.00. Eksperci mają raczej odmienne zdanie.

− Hiszpania nie będzie mistrzem świata choćby z tego powodu, ze nikt z Europy nie wygrał jeszcze mistrzostw świata w Ameryce Południowej i to sie nie zmieni, bo wygra je najpewniej Brazylia. Hiszpanie mogą sobie mówić, ze wciąż są głodni sukcesów ale „piłkarskiego żołądka” nie oszukają. Nie są głodni, a poza tym są wyczerpani bardzo długim sezonem w piekielnie ciężkiej lidze. − uważa dziennikarz Super Expressu, Piotr Koźmiński.

Możemy sobie typować, przewidywać, organizować walki ślimaków – wróżbitów, ale pewne stare porzekadło mówi, że i tak zawsze wygrywają Niemcy. Tyle, że właśnie nie wygrywają. Niemcy są jedną z najlepszych drużyn narodowych w ostatnich latach, a mimo tego nie wygrali niczego od 1996 roku. Czy tym razem będzie inaczej? Wypadnięcie z kadry Marco Reusa mocno skomplikowało zadanie ekipie Joachima Loewa. Wcześniej wszystko wydawało się iść zgodnie z planem. Zwycięstwa z Anglią i Chile, remis z Włochami, ale przed samym Mundialem trafił się zaskakujący remis z Kamerunem. Czyżby niemiecka maszyna miała jakąś awarię? W przypadku ofensywy raczej nie będzie problemów z częściami zamiennymi, ale tryby defensywne mogą się czasami nie zazębiać o czym świadczą dwa stracone gole nie tylko z Kamerunem ale też z Ekwadorem, trzy ze Szwecją i Paragwajem oraz cztery z USA w 2013 roku.

− Strata Reusa na pewno zaboli Niemców. Wątpię, czy będą w stanie go zastąpić, ale nawet przy takim osłabieniu w półfinale powinni się znaleźć. − tak typuje Tomasz Hajto w felietonie dla Przeglądu Sportowego.

Niezwykle wysoko stoją notowania Argentyny. Bukmacherzy stawiają w roli jednego z dwóch głównych faworytów, obecny kurs wynosi 5.00. Skąd taka wiara w Albicelestes? Przecież obrona tej drużyny jest dziurawa jak ser szwajcarski. Jednak patrząc na mecze towarzyskie dojdziemy do wniosku, że ta drużyna nie straciła gola od 491 minut. Zauważymy też, że Alejandro Sabella ma gotowe rozwiązania personalne i taktyczne, które zdążył przećwiczyć w przedmundialowych sparingach, a ofensywa z Messim i Aguero może rozbroić każdą defensywę. Czyżby więc Brazylijczycy znów mieli cierpieć jak w 1950 roku?

− Alejandro Sabella stworzył zespół zrównoważony, co było widać w eliminacjach, które w Ameryce Południowej są trudniejsze od tych w Europie – gra się więcej spotkań z trudniejszymi przeciwnikami. Dlatego Latynosom łatwiej jest znaleźć taktykę, która działa przeciwko najlepszym… Argentyńczycy przez cztery lata mieli więcej poważnych sprawdzianów i poznali więcej odpowiedzi. − mówił angielski dziennikarz Jonathan Wilson w rozmowie z Michałem Zachodnym (wywiad ukazał się w książce „Kopalnia – Sztuka futbolu”.

Brazylia jest głównym faworytem – to oczywiste. Jest gospodarzem, ma zawodników światowej klasy, ma silny zespół. Wobec napiętej sytuacji w kraju wydaje się, że ta drużyna musi osiągnąć sukces, bo inaczej w tym kraju może zrobić się naprawdę gorąco. I tu jest pewien problem. Brazylia radzi sobie świetnie, kiedy wygrywa, lecz czy po ewentualnej stracie gola będzie na tyle chłodna, by dalej grać z konsekwencją i wyrachowaniem, które są niezbędne do osiągnięcia sukcesu? W meczach towarzyskich Canarinhos spisują się wyśmienicie, ale mecze z Zambią, Panamą, RPA czy Hondurasem nie były zapewne wiarygodnym egzaminem. Jednak wobec trudnej sytuacji w kraju i ciążących na piłkarzach oczekiwaniach, może się okazać, że ściany będą gospodarzom pomagać nieco bardziej niż zwykle.

− Brazylijczycy grają u siebie, doskonale znają klimat, nie mogą wyrzuć z pamięci finału z 1950 roku no i przede wszystkim mają świetny zespół. Każdy z zawodników, którzy znaleźli się w kadrze ma wielki potencjał. Wszystko przemawia za nimi. Pamiętajmy też, że gospodarzom często pomagają ściany. − uwaza były piłkarz Legii Warszawa, Marcin Mięciel.

Podsumowując, mamy dwóch głównych faworytów w postaci Brazylii i Argentyny. W grze będą liczyć się również Niemcy i Francuzi, a Anglicy i Hiszpzanie potrzebują jakiegoś sposobu, by utorować sobie drogę do finału. Włosi wydają się być najsłabsi z tego grona, ale ich nigdy nie można skreślać. Jednak czy to już wszyscy faworyci? Czy o kimś nie zapomnieliśmy? A może świat zachwyci jakiś „Czarny Koń”? O tym w jutrzejszym odcinku „Oddechu Mundialu”.

Kibicu, nie wolno ci szantażować klubu!

Piłka nożna. Po co w nią gramy? To proste, dla pieniędzy. Po co ją oglądamy? To proste, bo jest fascynująca. Dlaczego kibicujemy jednym a drugim nie? To jasne, bo jest coś takiego jak patriotyzm lokalny, bo wiąże nas z jednym klubem jakiś sentyment, bo czujemy do klubu to coś. Miłość kibica do klubu jest jak miłość kobiety i mężczyzny, powinna być bezinteresowna i bezwarunkowa. Powinna taka być. 

Obrazek

Wyobraźmy sobie sytuacje hipotetyczną. Kobieta kocha mężczyznę, weźmie z nim ślub ale stawia pewien warunek – zamiast meczu piłki nożnej w środowy wieczór ona będzie oglądała M jak miłość, albo koniec z nimi. Nie jest to problem, bo przecież mężczyzna może iść do kolegi, obejrzeć mecz przy piwie w męskim gronie i wszystko będzie w porządku. Nie jest w porządku, bo pojawia się warunek. Nie ma rozmowy, nie ma szukania kompromisu, a więc nie jest to miłość bezinteresowna i bezwarunkowa.

Śledzę uważnie polski futbol od wielu lat i wiem, że kibice są bezwarunkowi. Czy drużyna walczy o utrzymanie, czy ściga się o tytuł mistrzowski, czy pałęta się po niższych klasach rozgrywkowych, kibic jest z nią na dobre i na złe. Nie odwraca się, kiedy zawodnicy przyczyniają się do spadku, nie odwraca się, kiedy prezes mu się nie podoba, zaciska zęby i stara się przetrwać trudny okres, bo wie, że prezes jest tylko tymczasowy i klub będzie tym samym klubem, kiedy on odejdzie. Dlatego jestem przerażony ostatnimi wydarzeniami, które miały miejsce w Warszawie, Bydgoszczy, czy ostatnio w Krakowie. Niektórzy wyraźnie przyjęli postawę roszczeniową, oczekują czegoś za to, że chodzą na stadion i dają wyraz swoim uczuciom wobec klubu. Zaczynają negocjować wartość swojej miłości do klubu i chcą uzyskać więcej w zamian. Czują się ważniejsi od klubu. Czegoś w tym rozumowaniu nie jestem w stanie pojąć.

Kto jest najważniejszy w futbolu? Oczywiście, że kibic. Ten, który wydaje pieniądze na bilet, który kupuje klubowy szalik, który zdziera gardło by pomóc swoim pupilom wykrzesać z siebie trochę więcej niż wydaje im się, że mogą z siebie dać. Kiedy na stadionie zbierze się 10 tysięcy takich kibiców człowiek rzeczywiście potrafi wykrzesać z siebie 110 a może i 120 procent możliwości. Jednak dlaczego 10 tysięcy ludzi w tym samym momencie dopinguje 11 ludzi uganiających się za skórzanym przedmiotem? Bo jest coś co ich łączy, coś co wywołuje potężne emocje. To klub piłkarski – jego herb, jego tradycja i jego barwy – one wiążą te 10 tysięcy kibiców ze sobą.

W przypadku kobiety i mężczyzny, jeżeli jedno każe drugiemu wybierać albo walczyć to widocznie coś nie działa tak jak powinno. Może nie ma już tej chemii, może wszystko straciło urok i związek jest ciągnięty na siłę. W przypadku kibiców jest podobnie. Czasem ta magia się wypala i powstaje problem co dalej. Szuka się sposobu, walczy się o coś, choć do końca nie wiadomo o co i problem staje się nierozwiązywalny. Iskra wygasła, tylko nie każdy potrafi się pogodzić z faktem, że to nie miłość, tylko przyzwyczajenie, które wcale nie jest takie przyjemne. W takich momentach nie ma miejsca na dialog, jest wzajemne oskarżanie się, a z czasem obie strony posuwają się do szantażu.

Słyszę z różnych stron, że kibice mówią: Klub to my a nie wy. Słyszę jak tłumaczą, że race były, są i będą. Słyszę, jak namawiają kolegów po szalu, by bojkotowali klub i widzę, że sami go bojkotują. Nie rozumieją, że w ten sposób sabotują to, co ich wszystkich łączy, czyli ten jedyny, wyjątkowy, ukochany klub. Szantażują go, grożąc swoim odejściem. Drodzy kibice, jeśli macie odwrócić się od klubu – odwracajcie się! Część z was pokaże plecy, ale wielu zostanie, bo kocha klub miłością bezwarunkową. Kibic nie może szantażować klubu, nie może uważać się za ważniejszego niż to co go łączy z drugim kibicem. Szantażując klub, sabotując go, niszczycie własne środowisko, nie klub, bo on przetrwa, niszczycie samych siebie.

Na forum Wisły Kraków przeczytałem świetne porównanie klubu do warzywniaka. Nie zacytuję go, bo być może autor sobie tego nie życzy, ale to porównanie trafia w sedno. W każdym razie klub piłkarski nie jest wyłącznie dla wybranych, dla tych, którzy mają najbardziej radykalne poglądy, klub piłkarski jest i dla pikników i dla garniturów i dla ultrasów, klub jest dla wszystkich, którzy kochają go bezwarunkowo. Ci, którzy stawiają warunki prawdopodobnie znaleźli sobie nową miłość i stawiają w pierwszej kolejności swoje radykalne poglądy a dopiero w drugim szeregu widzą klub i mówią głośno: Jeśli podzielasz nasze radykalne poglądy, możesz kibicować tej drużynie. Jeśli nie – nie jesteś tu mile widziany. To nie jest kibicowanie. To budowanie własnej ideologii na solidnych podstawach, którymi jest miłość kibica. Takiej miłości, która stawia warunki i daje do wyboru, albo będzie tak jak ja chcę, albo nie będzie w ogóle, nikt nie potrzebuje. Drogi kibicu, czy tak ma wyglądać twoje przywiązanie do barw klubowych?

Ligowa krucjata (23): U nas święta trwają cały rok

W miniony weekend piłkarze postanowili pobawić się w Świętego Mikołaja. Co prawda żaden z grajków nie odważył się przebrać w czerwony strój, ale nawet Święty mógłby pozazdrościć takich prezentów jakie rozdawali niektórzy zawodnicy polskiej ligi. Podsumowując, może i poziom nie jest wysoki, ale za to atmosfera pozwala wierzyć, że w Polsce święta trwają cały rok!

Obrazek

Jagiellonia Białystok – Podbeskidzie Bielsko-Biała 2:2

Mecz przypadków. Wystarczy powiedzieć, że gola strzelił Piotr Malinowski. Skoro on trafia do siatki to albo nieuchronnie zbliża się koniec świata, albo mamy do czynienia z poważnym błędem bramkarza. Jest poniedziałek, świat się nie skończył, więc zawinić musiał Słowik i tak rzeczywiście było. Inna rzecz, że nie tylko Malinowski dokonał w tym meczu rzeczy wyjątkowej. Na przykład taki Dariusz Łatka, który chciał sprezentować gola Jagiellonii, zbyt lekko podając piłkę do bramkarza. Albo Marek Sokołowski, który piękną główką wystawił piłkę Quintanie jak na patelni. Można było dojść do wniosku, że oto mamy otwarcie okresu świątecznego, bo piłkarze bawią się w Świętego Mikołaja. Coś w tym musi być, bo kolejne mecze tylko to potwierdziły.

Mimo błędów w defensywie piłkarze Podbeskidzia pokazali, że jest w nich ogień, który pozwala marzyć o utrzymaniu w ekstraklasie. „Górale” będą walczyć do końca i sądząc po postawie pozostałych kandydatów do spadku, powinni wyjść z tej walki cało. I wyjdą cało, o ile do tego ognia dołożą trochę koncentracji, bo po takich błędach w defensywie całe Bielsko powinno się spalić ze wstydu.

Pogoń Szczecin – Lech Poznań 5:1

Dokładnie tydzień temu, w poprzednim odcinku ligowej krucjaty, pisałem, że Pogoń zda celująco egzamin w meczu z Lechem. Jednak pisząc „celująco” nie miałem na myśli czegoś takiego. Pogoń zdeptała poznański zespół niczym robaka, który przypadkiem dostał się w niepożądane miejsce. A dokonał tego nie kto inny jak Robak – Marcin Robak.

Robak będzie śnił się po nocach Wołąkiewiczowi, który był przez szczecińskiego napastnika niemiłosiernie ogrywany. Przypuszczamy, ze były reprezentant Polski będzie się wtedy budził zlany potem, być może też swoim krzykiem zbudzi kilku sąsiadów. Jeśli sąsiedzi oglądają ligę polską to na pewno zrozumieją, bo w piątkowym meczu przy każdej z pięciu bramek Robaka zawinił nie kto inny jak Wołąkiewicz. Obrońca Lecha był o tempo wolniejszy od obrońcy Lecha i to wystarczyło, by Robak zafundował mu najgorszy dzień w piłkarskiej karierze.

Robak zdominował to spotkanie, ale warto też zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwszą bramkę w ekstraklasie zdobył młody Dawid Kownacki, którego już dziś można porównywać do Arkadiusza Milika. Z kolei w Pogoni jedną z asyst zaliczył 19-letni Sebastian Rudol.

Widzew Łódź – Piast Gliwice 1:1

Gospodarzom podobno pomagają ściany, ale w tym meczu gościom pomogły… plecy. Gdyby piłka nie trafiła bramkarza Piasta Gliwice w plecy, to zespół ze Śląska zgarnąłby trzy punkty. Stało się inaczej, choć defensywa Widzewa była pełna szczelin, dziur, a niekiedy nawet czegoś na kształt kraterów księżycowych.

Niewykluczone, że w tym spotkaniu oglądaliśmy dwóch głównych kandydatów do spadku. Dlaczego dwóch? Osiem punktów przewagi, jakie Piast ma nad strefą spadkową zostanie okrojone do połowy, a przy takiej zaliczce decydować będzie aktualna forma. A ta u gliwiczan jest bardzo kiepska. Podopieczni trenera Marcina Brosza będą chcieli udowodnić w starciu z Lechem, że ta forma rośnie, ale wydaje się, że podrażniony Lech jeszcze bardziej zepsuje nastroje pracowników klubu z ulicy Okrzei. Na szczęście dla Piasta i Widzewa jest jeszcze Śląsk, ale o tym później…

Górnik Zabrze – Legia Warszawa 0:3

Za nami dopiero dwa mecze wiosny a Górnik już wypróbował trzech bramkarzy. Po kabarecie jaki odstawił Norbert Witkowski, było jasne, że z Legią zagra ktoś inny. Trener Wieczorek postawił więc na Pavela Steinborsa, który po zderzeniu z Antonim Łukasiewiczem doznał złamania kości jarzmowej i musiał opuścić boisko. I w taki sposób na murawie pojawił się Grzegorz Kasprzik, który w mgnieniu oka awansował z trzeciego na pierwszego bramkarza zespołu z ulicy Roosevelta. Takie rzeczy tylko w Zabrzu.

Nowy nabytek warszawskiej Legii – Orlando Sa – nie był może zbyt widoczny. Tak naprawdę pokazał się tylko raz. Jednak kiedy już się pokazał, oddając piorunujący strzał na bramkę Steinborsa, to obrońcy Górnika zastanawiali się z jakiej planety przyleciał ten piłkarz. Sa na razie nie współpracuje właściwie z drużyną, widać to gołym okiem, ale potencjał ma bardzo duży, to również może zaobserwować nawet niedzielny kibic.

Zastanawia jedna rzecz. W składzie Legii pojawiło się ośmiu obcokrajowców, a kolejnych dwóch weszło na boisko z ławki rezerwowych. Honoru Polaków bronili Tomasz Jodłowiec, Tomasz Brzyski i Łukasz Broź, a także wprowadzony w doliczonym czasie gry Michał Efir. Jak widać Henning Berg wybrał inną drogę budowania drużyny na Ligę Mistrzów niż Paweł Janas i Franciszek Smuda, którym dawno temu udało się do niej awansować.

Korona Kielce – Zagłębie Lubin 1:1

Kamil Sylwestrzak chyba oglądał mecz Podbeskidzie z Jagiellonią, bowiem popełnił identyczny błąd co Dariusz Łatka. Różnica była taka, że po pomyłce Łatki bramkarz wyszedł cało z opresji, a po błędzie Sylwestrzaka Abwo z zimną krwią wpakował piłkę do bramki obok bezradnego Małkowskiego. Kto nie widział miny golkipera Korony musi czym prędzej nadrobić zaległości. To jeden z tych momentów, kiedy mówisz: Oglądać ekstraklasę – bezcenne!

Wisła Kraków – Cracovia 3:1

Stlić grał w piłkę krótko. Większość meczu gdzieś tam dreptał, czasem coś tam pokrzykiwał, chwilami tańczył krakowiaka, ale w ostatnim kwadransie pierwszej połowy grał w piłkę. To wystarczyło. Stilić grał w piłkę tak, że obrońcy Cracovii czuli się jak na karuzeli – zwyczajnie kręciło im się w głowie. Inna sprawa, że to wcale nie było takie trudne bowiem zawodnicy „Pasów” czasem zachowywali się tak, jakby kręciło im się w głowie na sam widok piłki. Dowód? Prezent dla Garguły w końcówce spotkania. Tak, w Krakowie przez chwile powiało powietrzem z Bielska-Białej.

Śląsk Wrocław – Ruch Chorzów 2:3

Zaczął Kuświk i ludzie się zastanawiali, czy on rzeczywiście tak przyjął piłkę, czy fizyka zrobiła sobie wolne. Długo się jednak nie zastanawiali, bo dziesięć minut później Jankowski pokazał jak należy strzelać głową. Zresztą w drugiej połowie pokazał raz jeszcze, że gra tą częścią ciała należy do jego największych atutów. Podobno już wtedy Stanislav Levy wyrywał sobie włosy z wąsów.

Śląsk zdołał strzelić dwie bramki, ale trzy punkty i tak pojechały do Chorzowa. Podobno po tym meczu trener Levy ze stresu wyrywał sobie włosy z klatki piersiowej, bo poważnie obawiał się dymisji. Ta nastąpiła jeszcze przed północą i teraz sympatyczny szkoleniowiec będzie mógł rozsiąść się wygodnie na kanapie, włączyć telewizor, otworzyć piwo i wyrywać sobie włosy z… skąd będzie chciał.

A co z Ruchem? W talii kart trenera Kociana najwyższą figurą jest obecnie Marek Zieńczuk. Weteran ligowych boisk zaliczył w ten weekend dwie asysty, a i w poprzednich spotkaniach radził sobie wyśmienicie. W meczu ze Śląskiem przyćmił go Jankowski, ale pamiętajmy, że on walczył z Odedem Gavishem, który piłkarzem podobno kiedyś był. W Śląsku nigdy nie udowodnił, że wciąż piłkarzem jest.

No i teraz Śląsk. O rozum władz tego klubu nie podejrzewałem, ale teraz w końcu podziękowano trenerowi Levy’emu, więc jest to pewien symptom wykształcenia się takowego we wrocławskim organizmie. Jednak zaraz potem gruchnęła wiadomość, że trenerem będzie Tadeusz Pawłowski, który ostatni zespół na poziomie ekstraklasy prowadził 21 lat temu i zleciał z nim z ligi. Kto wie, czy decydenci nie poszli o jedną decyzję za daleko i teraz ich posunięcia przyczynią się do spadku utytułowanego klubu. W końcu do przysłowiowej kreski zostały już tylko trzy punkty, a po zakończeniu fazy zasadniczej będzie ich jeszcze mniej.

Zawisza Bydgoszcz – Lechia Gdańsk 0:3

Właściwie to Zawisza vs Bydgoszcz vs Lechia Gdańsk. Na trybunach wiało pustkami, bo kibice stwierdzili, że nie przyjdą na stadion. Jednak podobno chętnych było kilka tysięcy, tyle że Internet nie funkcjonował i bilety nie były sprzedawane. Należy napisać: rzekomo Internet nie funkcjonował, bo tej informacji nie udało się sprawdzić.

Sam mecz był dziwny jak cała ta nasza liga. Niby Zawisza grał dobrze, niby składnie konstruował akcje, a niektórzy zawodnicy, jak Masłowski, popisywali się bardzo dobrymi indywidualnymi akcjami. Jednak bramki strzelał tylko Patryk Tuszyński. Jakaś klątwa? Być może, bo przecież tydzień temu ten zawodnik też dwa razy trafił do siatki i wiosną ma już na swoim koncie pięć trafień. A podobno nie tak dawno Bogusław Kaczmarek mówił mu, że ekstraklasa to dla niego za wysoki poziom. Dodajmy, ze wiosną Tuszyński strzelił tylko jedną bramkę a na dodatek miało to miejsce w meczu z Koralem Dębnica w meczu rezerw Lechii.

Ligowa krucjata (22): Jedna perełka w morzu przeciętności

Liga wróciła. Po długiej zimowej przerwie powiedziała nam dzień dobry, a potem potraktowała nas jak niepożądanego gościa. Spośród ośmiu meczów, tylko jeden mógł zadowolić fanów futbolu. Pozostałe były inspiracją dla fanatyków wrestlingu, zwolenników teorii spiskowych, czy wielbicieli talentu Michała Gliwy. Jednym zdaniem: wróciła ekstraklasa i znów jest… normalnie.

 ObrazekPodbeskidzie – Widzew 1:0

Ekstraklasa powiedziała nam „Dzień dobry” w piątek. Na początek przywaliła porządnie w zęby, bo przetrwanie meczu Widzewa z Podbeskidziem było zadaniem z kategorii: przetrwaj 90 minut w ringu z dwójką braci Kliczko. Kto ma ochotę na taki sparing?

Podbeskidzie zwyciężyło, ale tak naprawdę nie ma za co „Górali” chwalić. Można powiedzieć, że bielszczanie wyjrzeli zza wodorostów i spojrzeli w górę, ku tafli wody. Wydaje się, że powierzchnia jest coraz bliżej, ale nie dzieje się tak dlatego, że Podbeskidzie odbija się od dna. To poziom wody dramatycznie spada.

Legia – Korona 1:0

W Legii zmieniło się bardzo dużo. Zmienił się trener, zmienił się właściciel, zmieniła się dieta, ale na boisko nie zmieniło się zupełnie nic. Warszawianie męczyli się z Koroną niemiłosiernie i dopiero rzut karny zapewnił mistrzom Polski trzy punkty. I tak naprawdę te trzy punkty byłyby jedynym pozytywem, gdyby nie pewien debiutant.

Guilherme – temu zawodnikowi trzeba poświęcić kilka słów. Brazylijczyk rozgrywał pierwszy mecz w barwach Legii i wypadł przyzwoicie. Jednak widać w nim coś, co w przyszłości może stać się potężną bronią warszawskiej ekipy. Guilherme ma być wzmocnieniem na skrzydle, ale wyraźnie widać, że ma tendencję do gry na środku pola. Świetnie schodzi z piłką do środka i znakomicie ustawia się przed polem karnym, kiedy piłkę ma jeden z partnerów. Brazylijczyk może być wielkim wzmocnieniem w ofensywie, o ile nie dostosuje się do poziomu ligi i nie zacznie się chować za rywalami, a następnie mieć pretensje, dlaczego nikt mu nie chce podać. A do takiego zachowania też ma wyraźne tendencje.

Cracovia – Zawisza 0:2

W Bydgoszczy kibice toczą wojnę z właścicielem klubu, ale piłkarze wydają się tym nie przejmować. „Niebiesko-czarni” dość łatwo pokonali na wyjeździe Cracovię i choć większa w tym zasługa słabości gospodarzy, to jednak wynik idzie w świat. Gdyby tylko w Zawiszy był tak potrzebny do budowania drużyny spokój, to kto wie, może byłyby z tego europejskie puchary. Na razie jest wyraźny sygnał od piłkarzy: − Robimy swoje!

Lechia – Pogoń 2:3

Po to istnieje T-Mobile Ekstraklasa! Żeby w morzu przeciętności, wyłowić jedną perełką, która da wiarę w lepsze jutro. Wiarę dali piłkarze Lechii i Pogoni i to nie tylko dlatego, że udało im się stworzyć dobre widowisko, ale też dlatego, że główne role w Lechii odgrywała młodzież, a i w Pogoni decydującą bramkę strzelił 20-letni Jakub Bąk. Czyżby dla tych klubów miały nadejść lepsze czasy? Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale zobaczyć jaskółkę w stadzie wróbli… bezcenne.

Na Pogoń trzeba zwrócić szczególną uwagę. Dariusz Wdowczyk wykonuje tam kawał dobrej roboty i wiosną ten klub może stanowić zagrożenie dla najlepszych. Przy okazji na wyższy poziom piłkarskiego wtajemniczenia wskakują tacy zawodnicy jak Maciej Dąbrowski czy Mateusz Lewandowski i już teraz powinno się wymieniać ich nazwiska w kontekście reprezentacji Polski.

Za tydzień „Portowców” przetestuje poznański Lech i coś mi się wydaje, że Dariusz Wdowczyk zda ten egzamin celująco.

Ruch – Jagiellonia 1:0

Podobno odbył się taki mecz. Chociaż jeżeli mamy nazywać ten pojedynek meczem, to kiedy jeden 10-latek odepchnie drugiego, podczas przerwy między lekcjami w szkole – mamy do czynienia z walką bokserską. Mecz był bardzo słaby i szkoda, że Jakub Tosik nie strzelił bramki samobójczej na początku pierwszej połowy, bo dopełniałoby to obrazu ślamazarności zawodników obu drużyn.

Ruch wygrał po golu Marka Zieńczuka. To dowód na to, że w naszej lidze wiek się nie liczy. Gdyby karierę wznowił Roman Kosecki, to wciąż byłby gwiazdą polskich boisk. A jaką sławę zyskałby jego brzuszek! To byłby marketingowy majstersztyk. No, to kto dzwoni do Romka?

Zagłębie – Górnik 3:0

Ekstraklasa po prostu nie może żyć bez skrajnych postaci. W rundzie jesiennej taką postacią był bramkarz Zagłębia, Michał Gliwa. Tyle, że Gliwa odszedł i trzeba było znaleźć następcę. I proszę, jest! Pierwsza kolejka wiosny, a tu jest nowy bohater, który wybił się na meczu przeciwko drużynie poprzedniego herosa. Czy to znaczy, że Norbert Witkowski zgliwiał?

Patrząc na to z innej perspektywy, Witkowski został w sobotę Bogiem. Jak to możliwe? Zanim padła pierwsza bramka pojawił się na Twitterze taki wpis: „− God help Zagłębie! Inaczej nici z nadziei na strzelenie gola.” I Bóg pomógł, a jego imię Norbert Witkowski. Proponowano też roszadę w składzie. W miejsce Witkowskiego miał wejść kogut, którego jeden z kibiców wręcza najlepszemu piłkarzowi meczu. Ryszardowi Wieczorkowi ten pomysł się nie spodobał, ale chodzą słuchy, że w kolejnym meczu kogut może zagrać od pierwszej minuty.

W sumie to nie tylko Witkowski, bo jeśli iść tym tropem, to zgliwiała cała obrona Górnika i jeszcze Radek Sobolewski, który powinien zobaczyć czerwoną kartkę. O czym to świadczy? O tym, że wiosną można stawiać u buka w ciemno przeciwko Górnikowi Zabrze. W ciemno czyli mniej więcej w taki sposób: − Z kim gra dziś Górnik? Z Relaksem Płoskinia? To na Relaks proszę!

Lech Poznań – Śląsk Wrocław 2:1

Trzy punkty zostały w Poznaniu. Dlaczego? Bo Łukasz Teodorczyk popisał się świetnym strzałem, po którym Marian Kelemen mógł tylko usiąść i zapłakać. Gdyby nie to, mogłoby być różnie i mogło nawet zdarzyć się tak, że komplet punktów pojechałby do Wrocławia. Ale jak mawia klasyk: „Gdyby babcia miała wąsy, to… i tak byłaby babcią, bo między nogami wciąż miałaby to samo.”

W Śląsku dzieje się źle. Bardzo źle. Utalentowana młodzież uczy się ogrzewać ławkę rezerwowych, a kiedy już opanuje tę sztukę do perfekcji, wyjeżdża rozwijać nabyte umiejętności za granicą. Władze klubu w tym czasie ściągają kolejne autobusy pełne zagranicznych piłkarzy, czym narażają się na śmieszność. W efekcie w pierwszym składzie wciąż gra Sebastian Mila, który z roku na rok gaśnie i już dziś porusza się po boisku jak emeryt, dla którego szczytem możliwości jest praca stróża nocnego. Ale nie Mila jest głównym bohaterem Sląska. Królem Wrocławia jest Tadeusz Socha.

Socha ma pewne miejsce na prawej obronie w drużynie Stanislava Levy’ego. Chodzą pogłoski, że wywalczył je wysyłając filmik, na którym zrobił 20 żonglerek. Pojawiła się jednak opinia, że Socha podbił piłkę jeden raz, następnie zapętlił film i wysłał go Levy’emu mailem. Ten się zachwycił i teraz ustawianie składu zaczyna od Sochy.

Piast Gliwice – Wisła Kraków 0:1

Znacie Amerykański Wrestling? To taki rodzaj rozrywki dla mężczyzn, telenowela w męskim wydaniu. Główni bohaterowie leją się tam po twarzach, rzucają jeden drugim po ringu, a przy okazji knują, spiskują, podkradają sobie żony i niespodziewanie dowiadują się o istnieniu dawno zaginionego brata. Mecz Wisły z Piastem był właśnie takim wrestlingiem. Walka wyglądała, jakby była reżyserowana, była strasznie toporna i rozgrywana w wolnym tempie i tylko nazwiska takie jak Brożek czy Głowacki sprawiły, że ta męska rozrywka wciąż była dla kibiców atrakcyjna. Był nawet tworzony specjalny storyline: Donald Wilde-Guerrier chciał pokazać, że wcale nie ma takiego małego jak było widać na pewnym zdjęciu na Facebooku, Semir Stilić usiłował dowieść, że potrafi pracować na boisku, a Fabian Burdenski… No cóż, jego storyline wciąż jest niejasny. Lada chwila może okazać się, że to trzeci bliźniak braci Brożków, tylko Smuda wykradł go ze szpitala i wywiózł do Niemiec.

Wisła zwyciężyła po rzucie karnym, choć przeciwnik starał się zbytnio nie przeszkadzać w trakcie konstruowaniu akcji. Źle to świadczy o wiceliderze ekstraklasy, ale jak ma to świadczyć o gliwiczanach? Coś podpowiada, że Piast będzie musiał toczyć heroiczny bój o utrzymanie w ekstraklasie. W meczu z Wisłą heroizmu nie zobaczyliśmy.

Żuraw – You sold out!

Władca muraw – tak kiedyś o nim mówiono. A było to zupełnie niedawno, może jakąś dekadę wstecz. Wtedy wszyscy go szanowali, uważali za skromną, ale pozytywną postać. Teraz sytuacja się odwróciła. Szacunek uleciał, a rzeczywistość rzuciła cień na wizerunek byłego piłkarza. W Stanach Zjednoczonych ten dawny bohater co dzień słuchałby słów You sold out!

 Obrazek

Dziś będzie krótko i treściwie. Nie ma sensu się rozpisywać, skoro portal Weszło bardzo trafnie opisał całą sytuację (zobacz tutaj). Przechodząc do meritum – Maciej Żurawski został/zostanie politykiem. Smutne? Trochę tak, bo przecież kiedyś wiara w jego dar przynoszenia ludziom radości była potężna. Teraz zbliżający się do 40-tki były piłkarz może zasiąść w ławach sejmowych (jeśli się tam w ogóle pojawi) i chyba nie ma takiego człowieka w kraju, który uwierzy, że może on zdziałać coś pozytywnego w polityce.

Kim jest polityk? Człowiekiem, który dorwał się do koryta i teraz zrobi wszystko, żeby przy tym korycie się utrzymać? Wszystko byłoby ok, gdyby wiedział jak z tego koryta korzystać, by nie wydrenować go do zera, ale skoro korytem sportowym zarządzała osoba, która o sporcie wiedziała tyle, że chciała nawet naprawiać wyimaginowaną III ligę hokeja, to nie jest ok. Teraz właśnie do takiego środowiska wchodzi „Żuraw”. Po co mu to? Wiadomo, dla pieniędzy.

Śledź Oddech Futbolu na Facebooku

Polityka potrzebuje znanych postaci. Kiedy przeciętny Polak jest atakowany z każdej strony telenowelami, pozbawionymi przekazu programami typu reality-show, kiedy wciskają mu tańczących ludzi, którzy o tańcu wiedzą tyle co hipopotam o balecie, człowiek szuka jakiegoś autorytetu. Kiedy ten człowiek jest molestowany informacjami o pedofilach, ideologii gender, a na ten temat wypowiada się polityk, który nie do końca jest świadomy czy jest kobietą czy mężczyzną, to człowiek szuka kogoś komu mógłby zaufać. I oto nadchodzi on – Maciej Zurawski – człowiek znany z tego, ze kiedyś grał dobrze w piłkę. Rycerz w lśniącej zbroi, który ma przekonać zastępy kibiców piłki nożnej do oddania swojego głosu. Tyle, że ten rycerz jest nikim innym jak kolejną zainfekowaną cząstką chorego organizmu. Jest celebrytą, bo w polityce mógł się pojawić tylko dlatego, że był znany, nie ważne było dlaczego był znany. Kilku się na to nabierze, zagłosują, bo przecież kiedyś to był autorytet, ale skoro podjął decyzję, by sprzedać swój wizerunek na rzecz pogłębiania tej zarazy, to większość potraktuje go jako kogoś kto sprzedał nie tylko siebie, ale też wszystkich ludzi, którzy kiedyś w niego wierzyli, a teraz będą musieli zaakceptować fakt, że będzie pobierał wysoką pensję, bo kiedyś zyskał ich zaufanie.

Sport umiera. Wydawało się, że jest jedną z ostatnich gałęzi życia, która jeszcze się broni przed polityką w wydaniu komercjalnym. Jednak okazało się, ze ten ostatni bastion upadł, a Maciej Zurawski, Cezary Kucharski, Roman Kosecki, są tymi, którzy oddali ten bastion za czapkę srebrników. Sprzedałeś się! Krzyczą kibice, ale ich głos jest stłumiony. Nie przedziera się przez falę rozważań o ideologii gender, nie ma takiej siły jak wychodzący na wolność pedofile, jest mniej interesujący niż człowiek wypróżniający się do bidetu, czy dziewczyna uprawiająca seks przed kamerą. Ale cóż, każdy jest kowalem własnego losu. Jak się Pan z tym czuje Panie Maćku?

Obserwuj autora na twitterze