Z archiwum polskich skandali: Rok 2001

Liga polska na początku XXI wieku była niesamowicie kontrowersyjna. Niemal w każdej kolejce węszono kolejne korupcyjne procedery, lecz wówczas nie było ludzi zainteresowanych odkryciem tego typu machlojek. Były jednak mecze, które raziły w oczy tak mocno, że kibic mógł poczuć się zgwałcony. Tak było w przypadku meczu Orlenu z Legią w 2001 roku.

Z tym meczem związana jest pewna prywatna historia. Otóż na początku XXI wieku jako osoba śledząca na bieżąco polski futbol, fascynowałem się bukmacherką. Co pewien czas udawałem się do kolektury, skreślałem kilka wyników i nieraz zgarniałem parę groszy. Czasem jednak skreślałem wyniki dla zabawy. Tak było w maju 2001 roku. Na trzynaście obstawionych spotkań pomyliłem się tylko w jednym, co gwarantowało całkiem solidną nagrodę pieniężną. A trafne wytypowanie wyników nie było zadaniem łatwym, skoro druga w tabeli Legia przegrała z przedostatnim Orlenem Płock 0:1, a czwarta Polonia Warszawa uległa ostatniemu Górnikowi Zabrze 0:2. Wtedy jednak wyniki typowało się inaczej. Patrzyło się na tabelę, na terminarz i kalkulowało się co komu może się opłacać. Legia prowadzącej Wisły dogonić już nie mogła, a siedem punktów przewagi nad czwartą Polonią dawało gwarancję występów w europejskich pucharach, z kolei Orlen potrzebował punktów jak wody, by zbliżyć się do Ruchu Radzionków, przeciwko któremu zawiązała się wówczas tak zwana spółdzielnia. Polonia natomiast była murowanym faworytem starcia z Górnikiem Zabrze, ale miała przed sobą mecz finału Pucharu Polski, w którym miała grać właśnie z czternastokrotnym mistrzem Polski. Już przed spotkaniem mówiono, że warszawianie oddają punkty w lidze w zamian za gwarancję triumfu w Pucharze Polski. Wszystko było przewidywalne aż do znudzenia, machlojki tego typu były wówczas chlebem powszednim w Ekstraklasie, o czym głośno trąbiły media, ale PZPN jakoś się tym nie przejmował. Zupełnie mnie nie zdziwiło, kiedy kilka lat później czytając książkę Wojciecha Kowalczyka natrafiłem na moment, w którym „Kowal” pisze o zebraniu w szatni przed meczem z Orlenem… Ale po kolei.

Legia Warszawa pod wodzą trenera Drogomira Okuki była jednym z faworytów do tytułu mistrzowskiego. Miała w swoich szeregach świetnych piłkarzy jak Mięciel, Kucharski, Kowalczyk, Zieliński, Siadaczka, Jarzębowski czy świeżo wyrwany Polonii Warszawa Tomasz Kiełbowicz. Wyniki były jednak dalekie od oczekiwanych. Mówiono, że piłkarze chcą odejść i nie dają z siebie wszystkiego, szeptano też, że oddają punkty przeciwnikom za pieniądze, jednak ci oczywiście zaprzeczali.

Miarka się przebrała 23 maja w meczu 28. kolejki Ekstraklasy. Walczący o ligowy byt Orlen Płock po golu Romuzgi w 9. minucie wygrał z Legią 1:0. Oto co o tym meczu pisał tygodnik „Piłka nożna”: ­– Naoczni świadkowie meczu Orlen – Legia podkreślali, że pięciu zawodników stołecznego zespołu całkowicie zatraciło formę. Wyjazdowe zwycięstwa Legii przez jej szefów wyceniane są na 150 tysięcy złotych. Do tego dochodzą premie i roczne kontrakty – od 400 do 600 tysięcy złotych dla czołowych zawodników. Legia to zlepek piłkarzy, z których każdy myśli wyłącznie o własnym portfelu. Tajemnicą poliszynela jest, że co najmniej sześciu nie może się doczekać zakończenia rundy jesiennej i opuszczenia Warszawy. Nie bylibyśmy zdziwieni, gdyby Dragomir Okuka wciąż nie zdając sobie sprawy w co wdepnął, zdążył już zwątpić w swoje kwalifikacje zawodowe.

Wszystko zakończyłoby się jak zwykle. Media by pokrzyczały, a sprawa rozeszłaby się po kościach. Jednak dość nieoczekiwanie za dużo powiedział Wojciech Kowalczyk. Napastnik Legii już po spotkaniu ze Śląskiem w 27. kolejce podważył pracę sędziego liniowego, za co został wezwany na dywanik przez futbolową centralę. Po meczu z Orlenem „Kowal” posunął się jeszcze dalej, sugerując, że jego koledzy z boiska mogli ten mecz sprzedać.

Tematem zainteresował się PZPN, lecz jak najczęściej bywało w takim przypadku, sprawa się rozmyła. Zresztą nie tylko ta, bo w tym samym czasie światło dzienna ujrzało kilka innych. Wydział Dyscypliny tłumaczył to w następujący sposób: – Jeżeli trener mówi, że mecz został sprzedany, musi to udowodnić. Niech więc wymieni nazwiska osób, które w tym procederze uczestniczyły. Niech wymieni kwotę, źródło jej pochodzenia i okoliczności w jakich została przekazana drugiej stronie. Dowodem może być także taśma magnetofonowa lub najlepiej świadek takiego zdarzenia. Nasz wydział znajduje się w trudnej sytuacji. Możemy liczyć jedynie na to, że ktoś złoży donos. Ale nawet jeśli do tego dojdzie – przykładem zeszłoroczna rozmowa telefoniczna sędziego Czyżniewskiego z przedstawicielem GKS Katowice – to i tak sprawa może zostać umorzona ze względu na niską szkodliwość społeczną. WD jednocześnie radził: – Niech pan złoży oficjalne pismo, w którym ujawni wszystkie nazwiska, a my rozpoczniemy postępowanie wyjaśniające. Jednak wymienione osoby mogą pana zaskarżyć o zniesławienie. Najlepiej, by skierował pan tę sprawę bezpośrednio do prokuratora, przed którym najpierw powinien pan złożyć przyrzeczenia o mówieniu prawdy, licząc się z odpowiedzialnością karną za składanie fałszywych zeznań. My jesteśmy organem dyscyplinarnym, bez uprawnień do prowadzenia spraw kryminalnych. Teraz krótkie tłumaczenie co jest powyżej napisane. Każdy może przyjść do WD PZPN i zgłosić podejrzenie zdarzenia. Ale zanim to zrobi, musi mieć niezbite dowody. Jeśli je ma, to niech idzie do prokuratury, bo przestępstwo przekracza ich kompetencje. Jeśli ich nie ma, to niech nie zawraca głowy pierdołami, bo i tak wyjdzie niska szkodliwość czynu. Może lepiej więc niech nie przychodzi w ogóle, bo nawet jak pójdzie do prokuratury, może zostać posądzony o pomówienie…

Jednocześnie prezes PZPN, Michał Listkiewicz tłumaczył rzecz następująco: – Trudno podejmować drastyczne decyzje z dnia na dzień, nie dysponując konkretnymi dowodami. Bo same odczucia czy wrażenia nie wystarczą. Nieoczekiwane rozstrzygnięcia biorą się też ze słabości naszej ligi, w której zwycięstwa outsiderów nad drużynami czołówki zdarzają się w każdej fazie rywalizacji. Wydaje się jasne, że przy tak działającym Wydziale Dyscypliny dowodów nie ma, nie było i nie będzie. Zamiast zainteresować się sprawą WD karał piłkarzy i trenerów za wypowiedziane słowa. Wojciech Kowalczyk w swojej książce wyjaśnił jak pracowała ta komórka: – WD: Powiedział Pan to? WK: Tak. WD: A to? WK: Tak. WD: A to też? WK: Oczywiście. WD: Proszę poczekać na zewnątrz. Po chwili – WD: Zapłaci pan trzy tysiące kary. WK: A sędzia ile? WD: Sędzia to nie nasza sprawa. Wojtek skwitował wszystko efektownym podziękowaniem WK:  Pierdolcie się.

Kowalczyka w tym czasie zapraszano do programu „Pod napięciem”, próbowano wyciągnąć z niego jakieś dodatkowe informacje, lecz ten nie chciał opowiadać o tym, co się wydarzyło. Dopiero po kilku latach w swojej książce wyjaśnił co się wtedy działo. A było to tak: – Pierwsza jedenastka była w szatni. Rezerwowi, w tym ja, poszli na kawkę do klubowej kawiarenki. Siedzimy, rozmawiamy, aż w końcu przyszedł pan Krzysio Dmoszyński. Zamienił ze dwa, trzy słowa i stwierdził: – Kowal, wzywają cię do szatni. W Płocku to jest kawał drogi. Szedłem kilka minut i zastanawiałem się, czy ktoś doznał kontuzji i mam grać czy też jeszcze coś innego. Gdy już byłem na miejscu usłyszałem pełne zaskoczenia „A co ty tu robisz?”. – Przecież mnie wzywaliście. – Wcale nie, możesz iść. Poczułem się nieswojo, tak, jakby chciano mnie odsunąć od czegoś. Jakby moja obecność w kawiarence nie była wskazana. Owszem, Dmo mógł sobie zrobić dowcip, ale po co? Tyle czasu się nie widzieliśmy, nie lepiej było porozmawiać? Oczywiście ta teoria spiskowa, pełna nieścisłości, bo co takiego można było załatwić z rezerwowymi, dopiero kiełkowała w mojej głowie. Nabierała kształtów, kiedy już usiadłem na ławce i obserwowałem jak najlepszy na placu jest gruby Maciuś Terlecki. U nas wszedł Bojar i od razu się okazało, że najwięcej z tego towarzystwa potrafi, a on jedynie się starał… Gdy dziś się zastanawiam, czy ten mecz był ustawiony… Nie twierdzę, że nie był, ale nie chciałbym myśleć, że był, Po prostu nie wiem. Ten przedmeczowy żart nie dawał mi spokoju. Poza tym, przegrałem w życiu kilka meczów, widziałem, jak wygląda szatnia po porażce. To, co było w Płocku, nie było szatnią po przegranym meczu. Takie pomieszczenia powinny charakteryzować się jednym – ciszą. Grobową ciszą. Po Orlenie tej ciszy nie było. Odczuwało się podejście w stylu: „O, dobra, przegraliśmy, zdarza się, jeszcze nie raz przegramy”.

Co na to piłkarze, którzy uczestniczyli w tym spotkaniu? Maciej Murawski w wywiadzie dla „Piłki Nożnej” zapytany o zarzut sprzedania meczu z Orlenem odpowiedział dość ostro: – Taki zarzut to największa obelga dla piłkarza. Gdy ktoś mówi mi coś takiego, traktuje mnie jak szmatę. Zresztą, nikt nie chciałby go nawet kupić. Orlenowi zależało już wtedy tylko na tym, żeby z honorem spaść z ligi

Czy mecz Orlenu z Legią był ustawiony? Tego niewiadomo. Są poszlaki, które mówią, że był, ale dowodów nie ma żadnych, więc nikt nie ma prawa posądzać piłkarzy o cokolwiek. Zdarzały się jednak sytuacje, kiedy PZPN karał kluby bez dowodów. Tym razem wszystko rozeszło się po kościach, nie było żadnego śledztwa, w ogóle traktowano sprawę, jakby jej nie było – nie pierwszy i nie ostatni raz. Dzięki temu ludzie typu „Fryzjera” mogli hasać w lidze bez żadnych konsekwencji. Było powszechnie wiadomo, że nawet jeśli pojawią się niezbite dowody, to Wydział Dyscypliny zastosuje metodę spychologii, przy okazji strasząc donosiciela odpowiedzialnością karną.

***

Autor tego tekstu bierze udział w konkursie na dziennikarza obywatelskiego roku 2012. Aby oddać swój głos kliknij TUTAJ

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Z archiwum polskich skandali: Rok 2001

  1. Pingback: W Niemczech utopia, a u nas masoni | Pod Pressingiem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s