ŁKS Łódź – zepchnięci w nicość

O co grał w tym sezonie ŁKS Łódź? Na pewno nie o utrzymanie, bo nawet jeśli w tabeli znalazłby się nad kreską, to i tak nie byłoby funduszy by wystartować w kolejnym sezonie. ŁKS był trupem, który za pomocą dobrze przymocowanych sznurków jakoś stał na dwóch nogach. A dlaczego stał na nich tak długo? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o…

Kibice ŁKS-u w ostatnich latach nie mieli łatwego życia. Perypetie, z którymi borykał się klub mogły ich przyprawić o załamanie nerwowe, które najczęściej kończy się wizytą u psychiatry. Nie ma co się dziwić, bo w końcu przez wiele lat żaden z potencjalnych dobroczyńców nie był w stanie wyciągnąć klubu z kłopotów, a skoro mu się nie udawało, to stawał się wrogiem publicznym numer jeden. Mimo tego klub jakoś funkcjonował, ale na pewno nie robił tego na zdrowych zasadach. Tak naprawdę śmierć nastąpiła w momencie, kiedy PZPN nie przyznał łodzianom licencję na grę w ekstraklasie w sezonie 2009/10. To było równoznaczne z wepchnięciem głowy łódzkiego klubu pod gilotynę. Wiadomo było, że ona wcześniej czy później spadnie i utnie głowę, ale jakimś cudem wszystko wciąż się kręciło.

ŁKS po I-ligowym zesłaniu powrócił do elity i wydawało się, że sobie w niej poradzi, ale wówczas egzamin oblały osoby zarządzające klubem. Zgodnie z zasadą „Ekstraklasa albo śmierć” sprowadzano drogich piłkarzy, którzy wysysali z budżetu więcej niż ten mógł pomieścić. Podobno działo się tak dlatego, że odpowiadający za transfery Tomasz WIeszczycki otrzymał nieprawdziwą informację w sprawie możliwości finansowych klubu. Zresztą już wtedy sytuacja była trudna, bo w Łodzi przez wiele lat podpisywano wysokie kontrakty, mimo, że zaległości wobec wierzycieli były wciąż stanowiły poważny problem. Mimo tego postanowiono postawić wszystko na jedną kartę. W 2012 roku ŁKS wziął pożyczkę z urzędu miasta na kwotę miliona złotych i te pieniądze w dużym stopniu pozwoliły dokończyć sezon  w ekstraklasie.  Nie uratowały one ligowego bytu, lecz dzięki nim jakoś udało się wystartować w I lidze, choć sprawa przyznania licencji śmierdziała z daleka. Było jasne, że problem powróci za pół roku i rzeczywiście powrócił, ale tym razem ze zdwojoną siłą. ŁKS nie płacił, niemal wszyscy piłkarze rozwiązali kontrakt za porozumieniem stron a w ich miejsce przyszli juniorzy z łódzkiej SMS. Wiadomo, że z takim potencjałem nie ma żadnych szans na utrzymanie, ale podobno łodzianie walczyli o honor i chcieli dotrwać do końca sezonu.

Z początkiem 2013 roku pogrzebanie klubu, który funkcjonował niczym zombie było przesądzone. Zobowiązania finansowe wobec byłych piłkarzy i szkoleniowców były zbyt duże, ale przez długi czas przymykano na to oko. W końcu PZPN postanowił uderzyć pięścią w stół i zawiesił licencję Łódzkiemu Klubowi Sportowemu na grę w I lidze. Klub oczywiście się odwołał od tej decyzji do Najwyższej Komisji Odwoławczej, dzięki czemu przedłużył swoją egzystencję o kilka tygodni. To miało duże znaczenie, wręcz strategiczne, ponieważ biorąc pod uwagę sposób funkcjonowania NKO sprawa miała zostać rozpatrzona najwcześniej w kwietniu, a na jakieś decyzje mieliśmy poczekać być może nawet do maja. Ważniejsze było podobno coś zupełnie innego. Otóż chodziła pogłoska, że jeśli klub będzie w kwietniu nadal występował w I lidze, to nie będzie musiał oddawać miastu miliona złotych. Czy o to chodziło działaczom ŁKS-u?

Dlaczego klub miałby nie oddawać tych pieniędzy. Przecież gdyby dług umorzono to i tak ŁKS nie wykorzystałby ich na spłatę zadłużenia. Gdyby tak było rozmowy w sprawie osiągnięcia porozumienia byłyby już dawno prowadzone i pewnie kompromis pojawiłby się na horyzoncie. Tymczasem na horyzoncie przez długi czas była  jedynie ciemność. Były trener ŁKS-u, Krzysztof Adamowicz, na łamach lodz.sport.pl mówił, że klub nie wyraził żadnego zainteresowania ugodą w sprawie spłaty należności : Nikt z szefów klubu przez ostatnie pół roku ze mną poważnie na ten temat nie rozmawiał. Działacze nie zrobili nic, żeby dojść do porozumienia. Nie mieli nawet na tyle odwagi, aby choć na moment spotkać się i przedstawić swoje racje.

A co z zawodnikami? Z Cezarym Stefańczykiem i Damianem Sewerynem osiągnięto porozumienie, a w kolejce czekają jeszcze Robert Sierant, Seweryn Gancarczyk i Tomasz Nowak. Niektórym piłkarzom obiecywano spłatę należności w ratach, jak na przykład w przypadku Sieranta, ale na obietnicach się skończyło. − ŁKS zalegał mi z wypłatami, umówiliśmy się, że oddadzą mi pieniądze w czterech ratach. Musiałem wydzwaniać do Tomasza Wieszczyckiego i przypominać o przekroczonym terminie. Za pierwszym razem udało się. Drugiej raty już nie otrzymałem. Próbowałem skontaktować się z właścicielami piłkarskiej spółki, ale bezskutecznie. Mam już tego dość i sprawą niech zajmie się PZPN. Uważam, że to zachowanie nie fair. Pieniądze miałem dostać już w czerwcu, ale poszedłem im na rękę. Niestety… olano mnie – mówił jeden z piłkarzy w rozmowie z Przeglądem Sportowym w lutym 2011 roku. Rozłożenie na raty wchodziło też w grę w przypadku Adamowicza. − Pan Domżał zadzwonił do mnie raz i powiedział, że na początek otrzymam trzy tysiące złotych, a resztę długu będzie trafiać na konto w miesięcznych ratach. W jakich ratach? Coraz głośniej słychać, że ŁKS w czerwcu zostanie postawiony w stan upadłości. Dlatego byłem skłonny znów zrzec się 30 procent zaległości na Stowarzyszenie Kibiców ŁKS, ale moja propozycja pozostała bez echa.

Działania władz ŁKS-u były jedną wielka farsą. Niedawno wybuchła afera związana z traktowaniem piłkarzy. Jacek Kuklis wysłał nawet list otwarty do prezesa PZPN, w którym ujawnił on działania klubu, które miały na celu zmusić go do rozwiązania kontraktu. Oto krótki wycinek listu piłkarza: − Nakazano nam treningi w trybie indywidualnym, jednakże nie możemy liczyć ani na żaden sprzęt, czy odżywki. O opiece medycznej jedynie marzymy. Zostaliśmy zostawieni sami sobie. Oczywistym jest, że takie praktyki nie służą zbudowaniu formy sportowej, a jedynie swoistej próbie „pokazania zawodnikom ich miejsca”. Wszakże żaden z nas nie zgodził się na rozwiązanie kontraktu. Nie chcieliśmy się zrzec zaległości. Ot co. Robi się z nas pośmiewisko. Przykład? W lutym dostaliśmy informację od kierownika, że mamy stawić się na treningu pierwszego zespołu. Poinformowały o tym także lokalne media. Dzień później okazało się, że to jednak pomyłka

Tłumaczenie klubu w tej sprawie nikogo nie przekonało. Środowisko zdaje sobie sprawę z sytuacji i wie doskonale, że takie rzeczy nie są w polskim futbolu niczym nowym. Dowodem niech będzie fakt, że klub mimo sprzeciwu kibiców pozbył się swojej legendy – Bogusława Wyparło, który dostał ofertę nowego kontraktu, której nie zaakceptował. ­– Usłyszałem, a właściwie przeczytałem w sms, że skoro nie akceptuję zaoferowanych warunków mam natychmiast wyjechać. Wróciłem więc do Łodzi i nie zdążyłem nawet zabrać wszystkich rzeczy – zdradził popularny Bodzio W. w rozmowie z „Expressem Ilustrowanym”. Jednak dokąd tak naprawdę to wszystko zmierzało, jaki jest cel sztucznego podtrzymywania żywego trupa? Czyżby chodziło o ten tajemniczy milion?

Urząd Miasta Łodzi twierdził, że sprawy tajemniczego miliona nie ma. ­− Łódzki Klub Sportowy ma zaległości finansowe wobec Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Klub nie zawracał się do MOSiR z propozycją umorzenia długu lub rozłożenia należności z niego wynikającej na raty. ŁKS jest niezależnym podmiotem, który nie informuje Urzędu Miasta Łodzi o zaciąganych zobowiązaniach i nie składa raportów ze swojej kondycji finansowej. A więc wygląda na to, że długu istnieje i nie ma możliwości umorzenia, bo klub nawet się o to nie starał. Jednak niepotwierdzone źródła podpowiadają, że to właśnie te pieniądze były stawką o jaką walczyli działacze łódzkiego klubu. Ile jest w tym prawdy? Wcześniej ŁKS, jak i Widzew otrzymały od miasta milion złotych pożyczki, po roku ten milion miał być zwrócony, ale automatycznie kluby dostawały kolejną pożyczkę na tą samą kwotę, a więc w rzeczywistości był to milion wirtualny. Miasto obiecywało pomoc, roztaczano piękną wizję budowy dwóch stadionów, ale na koniec okazywało się to zwykłą kiełbasą wyborczą i nie działo się zupełnie nic, poza wirtualną pożyczką.

NKO podtrzymała wcześniejszą decyzję o zawieszeniu licencji ŁKS-u. Nie pomógł list obecnych piłkarzy, którzy prosili o pozytywne rozpatrzenie wniosku, nie pomogły sygnały, że jeśli nie będzie licencji to nie będzie też klubu. Nie pomogły też próby porozumienia z wierzycielami, bo w ostatniej chwili władze klubu robiły niemalże wszystko, żeby wypracować jakiś kompromis. Jednak innej możliwości zwyczajnie nie było. Przyznanie licencji byłoby ruchem zupełnie irracjonalnym i stałoby się precedensem, który w przyszłości mógłby być podawany jako przykład. Dobrze się stało, że ŁKS nie otrzymał licencji na tak zwane  „maślane oczy” jednak skutki takiej sytuacji są wręcz dramatyczne.

Na co teraz mogą liczyć tacy piłkarze jak Stefańczyk, Kuklis, czy trener Adamowicz? Jeśli klub przestanie istnieć to… na nic. ŁKS został w końcu pogrzebany wraz z wszystkimi zobowiązaniami jakie miał wobec swoich pracowników. To oni zostali na lodzie, nie działacze, ani nawet nie kibice. Ktoś powinien teraz zadać sobie pytanie czy pępowina nie powinna zostać ucięta znacznie wcześniej, by konsekwencje nie były tak poważne. – Największym błędem miasta było sztuczne podtrzymywanie przy życiu zadłużonego organizmu. Gdyby ŁKS upadł trzy lata temu, to teraz spokojnie byłby w pierwszej lidze i systematycznie budował swoją drogę do ekstraklasy. A tak, powstały perturbacje, które dla wszystkich w Łodzi są dyskomfortem. Przy wzroście zadłużenia, przy innych problemach, a przede wszystkim przy braku stadionu sytuacja klubu stała się arcytrudna. – mówiła prezydent miasta Łodzi, Hanna Zdanowska, dla „Dziennika Łódzkiego”. Dlaczego więc klub tak długo ciągnięto za uszy. Może są to efekty decyzji podjętej w 2009 roku, kiedy nie przyznano łodzianom licencji? W końcu łodzianie przed sądem dowiedli, że PZPN nie miał prawa odmówić im odmówić licencji na grę w ekstraklasie. No cóż, za grzechy trzeba płacić. Szkoda tylko, że za grzechy musiał zapłacić najpierw ŁKS, a teraz płacą byli i obecni pracownicy tego klubu. Coś tu jest nie halo, skoro w polskiej piłce wciąż ktoś musi płacić za błędy kogoś innego.

Najtrafniej całą sytuację podsumowuje człowiek, który był z ŁKS-em na dobre i na złe. Mowa o Bogusławie Wyparło, którzy przeżywał w tym klubie wzloty i upadki, a na koniec zrezygnował z części wynagrodzeń. Legendarny bramkarz ŁKS-u na łamach faktu odpowiedział na pytanie kto jest winny śmierci utytułowanego klubu. – W każdym mieście w Polsce można pomagać klubom, tylko nie w Łodzi, w której chyba są inne przepisy prawne, bo tu nic nie można zrobić. Najpierw pogoniono Antoniego Ptaka, później zabrano tereny, nie dając nic w zamian, a na koniec zwodzono z decyzją o budowie stadionu. Teraz radni pytają, po co budować nowy obiekt skoro nie ma już klubu? A przecież sami do tego doprowadzili – twierdzi Bogusław Wyparło. – Nigdy nie mieliśmy „pleców” w związku. Byliśmy fajnym klubem, ale pierwszym do odstrzału, by ratować innych. Ktoś powie, że trzeba było płacić zobowiązania, to problemu by nie było. Zgadzam się, sami sobie na to zapracowaliśmy, ale dla innych przymykano oko. Największym świństwem było zabranie nam pieniędzy za zajęcie siódmego miejsca. W pierwszej lidze na pewno by się przydały, a tak zaczęło się generowanie długów – kontynuuje golkiper. – W czasie gry w Łodzi wiele razy próbowano mnie zakopać, wysyłano na emeryturę, ale zawsze się podnosiłem. Wierzę, że z ŁKS będzie podobnie. Przez ostatnie lata wiele osób miało plan ratunkowy, ale każdy chciał to robić na własną rękę. Wkurza mnie to i liczę, że ludzie, którym los ŁKS nie jest obojętny, zaczną ze sobą współpracować. Inaczej klub, który mam w sercu, przejdzie do historii – dodaje na koniec.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s