Ligowa krucjata, odcinek 23.

Są ludzie, którzy kochają futbol bezgranicznie. To fanatycy, którzy oglądają wszystkie mecze, nawet jeśli stoją one gdzieś na pograniczu poziomu żałosnego i żenującego. Tacy ludzie będą oglądać mecze, nawet jeśli drużyna A podpisze kontrakty ze zgrają orangutanów, a drużyna B będzie sponsorowana przez Stowarzyszenie Prostytutek Nigeryjskich. Tacy ludzie wojują z rzeczywistością, choć tak naprawdę nie mają na nią żadnego wpływu. Tylko tacy paranoidalni maniacy mogą z czystym sumieniem powiedzieć: Tak, jestem uzależniony od polskiej ekstraklasy.

Widzew – Piast

Mecz prawie bez historii. Ale przecież prawie robi wielką różnicę. Można by o tym spotkaniu zapomnieć, gdyby nie Michał Jończyk. Chłopak ma wielki talent, w wieku 17 lat kopał piłkę jak mało kto, ale potem zaczęły się kontuzje. Po różnych perypetiach wylądował w Widzewie Łódź, wszedł na boisko i… kontuzja. Podobno w życiu trzeba dążyć do perfekcji i starać się być w czymś najlepszym. Michał ma jednak wysoko zawieszoną poprzeczkę, bo musi doścignąć Dawida Nowaka, by stać się człowiekiem – kontuzją numer 1, ale jest na najlepszej drodze, by tego dokonać. Szkoda chłopaka, bo talent miał przeogromny.

Samo spotkanie stało na niskim poziomie. Obie ekipy planowały akcje ofensywne z rozmachem godnym umysłu jaszczurki po trepanacji czaszki. Takie tradycyjne polskie bezmyślne bicie głową w mur.

Korona – Górnik

Po dawce kopaniny w wykonaniu piłkarzy Widzewa i Piasta polscy piłkarze uraczyli nas młócką w Kielcach. Wymieniona wyżej jaszczurka pewnie wniosłaby więcej do gry niż Bonin czy Zahorski (choć ten ostatni w Kielcach nie zagrał), trener Nawałka wciąż darzy ich niewytłumaczalną sympatią.  Nic dziwnego, że Górnik robi kolejne kroki w tył w marszu po przepustkę do europejskich pucharów. Panie Adamie, czas na dobre skreślić oba nazwiska z listy płac.

Szkoda tylko Tomka Lisowskiego, który wyrastał na jednego z najlepszych bocznych obrońców polskiej ligi. W meczu z Górnikiem odniósł kontuzję, która może go na pewien czas wykluczyć z gry. Naprawdę szkoda, bo byłoby kim straszyć Wawrzyniaka.

Podbeskidzie – Bełchatów

Tydzień temu zaśpiewaliśmy bełchatowianom popularną piosenkę Elektrycznych Gitar. Potem można było już spokojnie się napić aż do urwania filmu. No i pewne siebie Podbeskidzie przekonało się, że Polacy na kacu grają najlepiej. „Brunatni” się nie dali i odebrali cenne dwa punkty „Góralom”. Kto wie, czy ten punkty nie zadecydują o ostatecznym układzie w dole tabeli.

Oczywiście istnieje jeszcze opcja, że jedną z tych drużyn uratuje Polonia Warszawa, ale to nie czas i miejsce by o tym opowiadać.

Jagiellonia – Wisła

Ani słowa o Wiśle. Chciałoby się dorzucić jeszcze trochę do pieca „Białej Gwieździe”, ale ile można. Są granice, których nie wolno przekraczać. Skupmy się na Jagiellonii. Tam Tomasz Hajto zbiera niezbędne doświadczenie. Właśnie się przekonał, jak można zremisować wygrany mecz. Może wyciągnie z tego faktu większe wnioski niż Franciszek „Tsssooooo” Smuda, który uparcie twierdzi, że zarówno w reprezentacji Polski jak i w Jahn Regensburg nie popełnił poważniejszych błędów. Teraz słychać szepty, że od nowego roku Pan „Tsssooooo” zajmie się „Białą Gwiazdą”. Tutaj zepsuć cokolwiek będzie wielką sztuką, ale wszyscy pewnie doskonale pamiętają przysłowie „Smuda czyni cuda”.

A miało nie być ani słowa o Wiśle, jednak władze klubu robią wszystko, by wciąż być na czele rankingów dotyczących popularności w mediach. Zatrudnienie Dody na dyrektora sportowego i Tomasza Jacykowa na kierownika drużyny natychmiast rozwiąże problem medialności. Wisło, nie czekaj na ich cv, działaj agresywnie!

Legia – Pogoń

Ten mecz, dla odmiany, miał swoją historię. W pierwszej połowie zamiast piłkarzy Legii na boisko mogłyby wyjść ubrane w białe koszulki orangutany. Efekt byłby zbliżony, drapanie się po głowie, ręce opadające w niektórych momentach do samej ziemi i szeroko odsłonięte zęby w sytuacjach, kiedy patrzy kamera. W drugiej połowie warszawianie grali już na poziomie, który pozwalał uwierzyć, że mamy do czynienia z przyszłym mistrzem Polski. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby w drugiej połowie grały orangutany, to Pogoń i tak by tego meczu nie wygrała.

Śląsk – Lechia

A raczej Sebastian Mila vs Lechia Gdańsk. Oczywiście w Śląsku Wrocław jest jeszcze kilka wartościowych elementów jak wąsy Stanislava Levy’ego, fryzura Waldka Soboty, czy długi język braci nazwiskiem Gikiewicz. Jednak tylko Mila prezentuje wartość sportową, bo pozostałe rzeczy zrobią różnicę, jeśli Śląsk będzie pojedynkował się z przeciwnikiem w kabarecie. A jednak mimo tego osamotniony Mila uratował remis wrocławianom (autorem bramki był Ćwielong, ale kto był najlepszy na boisku, każdy widział), a wymieniona wcześniej trójka nie miałaby szans w pojedynku kabaretowym z atakiem Buzała – Rasiak – Duda.

Lech – Zagłębie

Poznaniacy po słabym początku rundy wiosennej i długiej serii meczów bez zwycięstwa na własnym boisku w końcu chwycili miecze w dłoń i zaczęli walczyć jak prawdziwi rycerze. Tę walkę ogląda się z przyjemnością i bezstronni kibice powoli zaczynają kibicować „Kolejorzowi” w wyścigu z Legią Warszawa o mistrzostwo Polski. Tym razem poznański miecz uciął głowę Zagłębiu Lubin, które po cichu wciąż wierzyło, że marzenia o europejskich pucharach mogą się spełnić. Pięknie pasuje w tym momencie przysłowie – marzenia ściętej głowy.

Czy Lech naprawdę może być mistrzem? A dlaczego nie? W końcu Wołąkiewicz czy Ceesay to wiosną jedni z najlepszych obrońców w całej lidze polskiej. Haamalainen i Tonew wyróżniają się w ekstraklasie wśród pomocników, a Teodorczyk i Ślusarski wywiązują się z zadania, jakim jest zdobywanie goli. Dodatkowo w meczu z Zagłębiem bramkę strzelił Piotr Reiss, ikona poznańskiej lokomotywy. Ten symboliczny gol może znaczyć więcej niż się wydaje, to może być prawdziwy sygnał, że poznański miecz jest w stanie wyciąć wszystko i wszystkich, by na koniec sięgnąć po koronę i spokojnie zasiąść na tronie. Czy to możliwe? Przekonamy się 18 maja, bo właśnie wtedy Legia zmierzy się na swoim stadionie z Lechem. Kto komu zetnie głowę?

Ruch – Polonia

A to niespodzianka. Sądząc po ostatnich doniesieniach mediów, można było się spodziewać, że piłkarze wyjdą z czapeczkami do kibiców i będą prosić o parę groszy na chleb. Czytając informacje, co się dzieje w obu klubach, można było dojść do wniosku, że na boisko wyjdą jakieś chudziny, które wyglądają jak uciekinierzy z Oświęcimia. Tymczasem na boisko wyszli mężczyźni chcący uczciwie wykonać swój zawód i przy okazji dać trochę radości kibicom. Żaden z aktorów tego widowiska nie pozorował pracy, nikt nie marudził zamiast biegać, wszyscy chcieli zrobić coś pozytywnego i nie jest żadnym wstydem, że wysiłek piłkarzy Polonii nie przyniósł żadnego efektu. Taki jest sport.

Polska to taki kraj, w którym możesz podpisać umowę o pracę, potem właściwie tę pracę wykonać, a na koniec i tak możesz dostać soczystego kopniaka w cztery litery. Piłkarze to małe piwo, bo oni akurat mają z czego odłożyć, ale zasada jest dokładnie taka sama jak przy pracy budowlańca, handlowca, magazyniera czy innych zawodów. Jeśli ktoś podpisuje z Tobą umowę, zgodnie z którą masz biegać i udawać orangutana, to jeśli to robisz, otrzymujesz ustalone wcześniej wynagrodzenie.

Tu się kończy krucjata i zaczyna polityka. Na tym gruncie walczyć nie będziemy. Odkładamy więc na bok zakrwawiony miecz i zostawiamy na placu boju poobijaną tarczę. Lada chwila to samo zrobią piłkarze, którzy wyjadą na Cypr, do Mołdawii czy Białorusi. Wtedy dopiero będzie prawdziwy kabaret.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s