Vilanova. Reszta niech będzie milczeniem

Miałem tam być. Miałem zasiąść na trybunach stadionu razem ze swoją żoną, która nosi obrączkę dopiero od dwóch tygodni i cieszyć się widokiem najdoskonalszych artystów sztuki piłkarskiej. Ta eskapada miała zastąpić podróż poślubnej, której nie było ze względu na nawał pracy. Jednak w ostatniej chwili okazało się, że nawet w ten sposób nie będzie nam dane świętować zmiany stanu cywilnego.

W tym miejscu trzeba dodać, że to moja żona jest fanką Barcelony. Jej sposób kibicowania jest, hmmm, jakby to powiedzieć… użyję słowa oryginalny. Barca jest dla niej czymś więcej niż klub, jest piłką nożną w ogóle. Ona zupełnie nie interesuje się meczami Bayernu, Realu czy na przykład Górnika Zabrze, świat futbolu zamyka się tylko i wyłącznie na Barcelonie i ich piłkarzach. Nie oceniajcie czy taki sposób kibicowania jest właściwy, czy wartościowy, czy może ma znamiona sezonowego uwielbienia, nie o to tu chodzi. Chodzi o emocje jakie budzi w niej piłka nożna, a te można porównać do wulkanu, który wybucha w momencie, kiedy jej ukochany klub strzela bramkę.

Kiedy dowiedziała się, że mecz Barcelony z Lechią Gdańsk został odwołany najchętniej nabiłaby na pal osobę odpowiedzialną za taki stan rzeczy, lub modliłaby się dla kogoś takiego o przeżycie porodu bez znieczulenia. Najlepiej trojaczków. Ale kiedy dowiedziała się o co tak naprawdę chodzi, zrozumiała doskonale, że chodzi o coś znacznie ważniejszego niż zobaczenie na żywo Puyola czy Messiego i innych asów Blaugrany.

Wszystko rozbiło się o chorobę Tito Vilanovy. Choroba, to takie delikatne słowo. Wiecie czym jest rak? Ja wiem, widziałem jego działanie na własne oczy. Nie będę przybliżał jego sposobu działania, bo może ktoś z Was właśnie je kolacje albo zwyczajnie miło spędza wieczór. Po co go psuć? W każdym razie ten demon, który usiłuje wyniszczyć ciało Vilanovy zaatakował po raz kolejny. Kogo w tym momencie obchodzi jakiś towarzyski mecz Lechii Gdańsk z Barceloną skoro szkoleniowiec Katalończyków rozgrywa właśnie mecz na śmierć i życie?

Wyobraźcie sobie teraz, że jesteście zawodnikami Barcelony. Nie kibicami, ale piłkarzami. Na co dzień trenujecie pod okiem Vilanovy, który jest dla Was jak ojciec. Wspólnie dzielicie radość i razem przyjmujecie porażkę. Aż tu nagle jak grom z jasnego nieba spada na Was wiadomość, że ów ojciec został opętany przez demona, który może zabrać go na zawsze. Co robicie? Gracie mecz? Jedziecie do miejsca oddalonego o kilka tysięcy kilometrów? Nie ma na to szans. Osobiście uważam, że odwołanie meczu i ustalenie nowego terminu jest lepszym rozwiązaniem niż wysłanie do Gdańska rezerw. Rozumiem, że kibice opłacili hotele, zapłacili za przejazd, ale…

Wraz z żoną mieliśmy być na tym stadionie i pewnie będziemy, kiedy kluby osiągną porozumienie i znany będzie nowy termin. Jednak smak tego meczu będzie nieco inny. Vilanova. Z miesiąc, może za pół roku, a może za rok, oglądając popisy futbolowych superbohaterów do głowy będzie powracać to nazwisko. Jak się czuje, czy wygrał swoją walkę, czy wciąż ją toczy. I to będzie tak naprawdę ważne, bo przecież piłka nożna to tak naprawdę tylko i aż rozrywka.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Vilanova. Reszta niech będzie milczeniem

  1. Pingback: Villanova, Rossel i pucharowicze | Pod Pressingiem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s