Pucharowa krucjata: Legia, czyli jak wpełznąć do Ligi Mistrzów

Ostatni raz w Lidze Mistrzów polski klub grał… klasyk mówi, że w 1979, ale tak naprawdę zdarzyło się to w 1996 roku. Teraz pojawia się kolejna szansa, ale zanim zaczniemy pompować balon, zastanówmy się w jaki sposób się ona wykluła.

Najpierw Legia musiała zostać mistrzem Polski. I trenerowi Janowi Urbanowi udało się to osiągnąć. Pomógł mu w tym Danijel Ljuboja, który miał znakomitą rundę jesienną i przeciętną wiosnę, ale cegiełka jaką dołożył do tego sukcesu miała nienaturalne rozmiary. Potem trzeba było się wzmocnić i rzeczywiście, posiłki nadeszły. Nie udało się jednak zatrzymać w zespole być może najbardziej wartościowego obrońcy – Artura Jędrzejczyka.

Do pierwszego meczu kwalifikacji do LM piłkarze podeszli z dużym luzem. W pierwszej połowie meczu z New Saints warszawianie wyglądali jak kury w chlewie, które spanikowały po niespodziewanym najściu intruza. Na szczęście w drugiej połowie gra wyglądała zupełnie inaczej i stołeczny zespół zwyciężył 3:1. W rewanżu z kolei zobaczyliśmy tłuste rozleniwione kury, które nie ruszając się nawet kiedy do chlewa wdarł się głodny lis. Całe szczęście lis był kulawy i kuraki znów odniosły sukces.

W drugim meczu na drodze legionistów stanęło norweskie Molde. Już po pierwszej połowie kibice z tego kraju zastanawiali się, czy Legia czasem nie wystawiła rezerw, albo pod mistrza Polski nie podszywa się jakiś trzecioligowiec. Choć do przerwy mogło być już 3 lub 4:0 dla gospodarzy, to mecz ostatecznie zakończył się remisem. Bezbramkowy mecz w rewanżu dał promocję warszawianom i tak oto doszło do pojedynku ze Steauą Bukareszt.

Za nami dopiero pierwsza bitwa, ale jej obraz to wypisz – wymaluj mecze z New Saints i Molde. Legia w pierwszej połowie przypomina małego brzdąca, na którego krzyknął starszy brat. Brzdąc posikał się w gacie i schował ze wstydu pod stołem i za nic w świecie nie chciał zaryzykować zmierzenia się ze swoim oprawcą. Kiedy ów brzdąc wyszedł w drugiej połowie spod stołu, okazało się że pozornie silniejszy oponent mocny jest tylko w gębie i nie należy się go bać. W efekcie mecz zakończył się remisem, który jest korzystnym wynikiem dla warszawian.

Jakie można z tego wyciągnąć wnioski? Po pierwsze, trener Urban nie musi już się denerwować, kiedy ktoś go zapyta jak zagrają jego podopieczni. Może w ciemno tłumaczyć, że w pierwszej połowie będzie chujowo, ale w drugiej coś tam będą się starali grać. Po drugie, strach bywa czasem pomocny, bo podejście do przeciwnika z perspektywy skomlącego pieska może wywołać w nim chęć politowania, a wtedy zawsze można go jakoś przechytrzyć. Ale dość już ironii, teraz na serio.

Gdyby się tak dokładnie przyjrzeć na czym polega fenomen Legii, że w drugiej połowie przechodzi ona przemianę z małego brzdąca w dorosłego mężczyznę, to trudno wskazać jakieś sensowne rozwiązanie. Presja odpada, bo jaką presję mieli piłkarze w meczu z New Saints. Brak doświadczenia nie wchodzi w grę, bo przecież Saganowski, Vrdoljak, czy sam Urban mają za sobą potężny bagaż doświadczeń. A więc co, bo przecież szkoleniowiec nie nakazał swoim podopiecznym udawać piłkarzy w pierwszej części spotkania. Nie nakazał, prawda? Zostaje więc tylko zwykłe szczęście. Pospolity fart, bez którego w piłce nie da się nic osiągnąć. Fart, któremu zawsze trzeba pomóc i w przypadku meczu ze Steauą pomógł mu Dusan Kuciak.

Ale to tak naprawdę nie ważne. Fartem, fuksem, przypadkiem, tylnymi drzwiami, czy windą jadącą w bok, ważne aby Legia w końcu dostała się do Ligi Mistrzów. Jeśli musi to niech do niej wpełznie, bo polska piłka potrzebuje tego jak rośliny promieni słońca. Inaczej Radek Michalski stanie się nowym Jankiem Tomaszewskim, który non stop opowiada o legendarnym meczu Polski z Anglią z 1973 roku. Spragnieni sukcesów patrzymy pozytywnie w przyszłość, bo za tydzień może wydarzyć się coś wielkiego. Nie ważne czy grają jak panikujące kuraki czy przestraszone brzdące, ważne będzie to co uda się im osiągnąć. A osiągnąć można wiele, bo przeskoczenie rumuńskiej przeszkody będzie równoznaczne ze stworzeniem nowej legendy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s