Jojić? Who the fuck is Jojić?

Sytuacja Jakuba Błaszczykowskiego w Borussii Dortmund uległa zmianie o 180 stopni. Reprezentant Polski doznał poważnej kontuzji, która wykluczy go z gry na kilka miesięcy. Być może jego dni na Signal Iduna Park są już policzone, bo klub postanowił sprowadzić niejakiego Jojicia. Tylko, jak mówi klasyk: Who the fuck is Jojić?

 Obrazek

Milos Jojić występuje jako ofensywny pomocnik, ale może też grać jako skrzydłowy. W bieżącym sezonie wystąpił we wszystkich 15 spotkaniach Partizana Belgrad, strzelił sześć bramek i zanotował siedem asyst. W poprzednim sezonie pojawiał się na boisku 20 razy, czterokrotnie trafiając do siatki i trzy razy zaliczając asystę. Wcześniej świetnie sobie radził w barwach Teletopiku Zemun (10 goli w 30 meczach), ale to była tylko II liga. Przeciętny kibic może wyczytać z transfermarkt, że urodzony 19. marca 1992 roku w Belgradzie zawodnik jest obecnie wyceniany na 1 500 000 euro i że gra w młodzieżowej reprezentacji Serbii.

Przyjrzyjmy się jednak nieco bliżej jego historii. Jojić to wychowanek Teletpiku, tego samego klubu, który dał reprezentacji Serbii takich piłkarzy jak Marko Scepković, Ivan Obradović, Nemanja Tomić, Matija Nastasić czy Aleksandar Mitrović. Z tego klubu na mecze reprezentacji młodzieżowej wyjeżdżają całe tabuny piłkarzy i nikt by się nie zdziwił, gdyby federacja wynajmowała z tej okazji specjalny autobus. Tych najlepszych wybiera z Teletopika zazwyczaj Partizan Belgrad, a nie od dziś wiadomo, ze pod stadionem tego klubu skauci koczują dniami i nocami, zmieniając czasem dla niepoznaki swoje przebranie. Skoro wypatrzyli Jojicia to musi on coś w sobie mieć.

Śledź Oddech Futbolu na Facebooku

Nowy nabytek Borussii Dortmund dysponuje niezłym dryblingiem, ale czasem potrafi się w nim zagalopować. Jego zaletą są stałe fragmenty gry, ale dużą wadą są niespodziewane wahania formy. Dodatkowo, jeśli ma grać na skrzydle i zastąpić Błaszczykowskiego, to musi popracować nad szybkością i wytrzymałością. Podsumowując – Jojić to piłkarz dobry technicznie, ale pod kątem fizycznym i psychologicznym może nie być gotowy na grę w czołowym klubie Bundesligi. Ma jednak jeden potężny atut – jest młody, perspektywiczny i w przyszłości może dać bardzo wiele klubowi z Signal Iduna Park. Czyli zupełnie odwrotnie niż Błaszczykowski.

Reprezentant Polski doznał ostatnio poważnej kontuzji – zerwania więzadeł krzyżowych. Dla 28-letniego zawodnika to prawie jak wyrok, szczególnie, że różnie bywało z relacjami pomiędzy nim a władzami klubu. Media już zaczęły sprzedawać go do Liverpoolu, ale przecież robią to regularnie od kilku lat i jak na razie w tym medialnym hazardzie transferowym nikomu łut szczęścia nie dopisał. Teraz może się okazać, że Kuba rzeczywiście będzie musiał sobie nowego klubu poszukać, bo jeśli Jojić wypali to nie będzie potrzeby stawiać na kogoś, na kim wielkich pieniędzy już się nie zarobi.

Kontuzja przytrafiła się Kubie w najgorszym możliwym momencie. Po zakończeniu sezonu zmiany będą konieczne i może się okazać, że z tria z Dortmundu pozostanie już tylko jeden Łukasz Piszczek. Oczywiście Błaszczkowskiemu życzymy jak najlepiej i mamy nadzieje, że po kontuzji będzie jeszcze mocniejszy, bo przecież wielkich sportowców poznaje się po tym jak podnoszą się po upadku. Niewykluczone jednak, że tą wielkość będzie musiał udowadniać z daleka od Dortmundu. A kiedy już to zrobi kibice będą wspominać: − Jojić? Eeee tam. Błaszczykowski! To był kawał piłkarza!

Obserwuj autora na Twitterze

Seedorf – magiczne lekarstwo na kryzys Milanu

Z czym wam się kojarzy AC Milan? Tak, wielka marka, która od razu nasuwa skojarzenia z wielką piłką. Mówisz Milan, myślisz, mistrzowie Włoch, zwycięzcy Ligi Mistrzów, oraz kojarzysz klub z piłkarzami pokroju Paolo Maldiniego, Franco Baresiego, Filippo Inzaghiego czy Marco van Bastena. Ale to już przeszłość. Teraźniejszy Milan to wpadki Allegriego i 11. miejsce w tabeli.

Obrazek

A teraz, z czym kojarzy się Clarence Seedorf? Tak, wielka marka, która od razu nasuwa skojarzenia z wielką piłką. Mówisz: Seedorf i od razu przypominasz sobie dwa triumfy w Lidze Mistrzów z Milanem, jeden z Realem Madryt i Ajaksem Amsterdam oraz wiele wspaniałych występów w reprezentacji Holandii. Kibice Milanu zapewne przyjęli jego nominację z szerokim uśmiechem, ponieważ urodzony w Paramaribo zawodnik jest prawdziwą legendą rosso-nerich i kto jeśli nie on ma wyciągnąć zespół z kryzysu. Kibice wciąż są zauroczeni czarem boiskowych dokonań Seedorfa, czy powinni wierzyć w jego trenerską magię?

Dla nas, kibiców, oraz dla nich, piłkarzy, świat się kręci wokół futbolu. Jednak na futbolu świat się nie kończy. Każdy wykonuje jakąś pracę, ma jakieś hobby albo inne zainteresowania. Można na przykład dla zabawy zbierać znaczki, kompletować puste puszki po piwie (Podobno opróżnianie ich to hobby Dawida Janczyka), zbierać sztylety (tym podobno zajmuje się Angelina Jolie), albo chodzić do kasyna, co tak upodobali sobie polscy piłkarze (nie tylko polscy, gdyby ktoś chciał wnikać). Jednak Seedorf podążył inną drogą, szlakiem ciężkiej pracy, i dziś może się pochwalić znajomością sześciu języków, posiadaniem własnej restauracji oraz teamu motocyklowego. W trakcie kariery znalazł też czas by przejść kurs trenerski, przy okazji zapewniając sobie odpowiednią klauzulę odejścia w kontrakcie z Botafogo, gdyby chciał go w tej roli zatrudnić jakiś klub.

Dla niektórych ludzi życie jest karuzelą, która kręci się z zawrotną prędkością. Tak, życie z całą pewnością można porównać do karuzeli, takiej która raz pędzi szybciej, raz wolniej, czasem sunie wysoko, a czasem pikuje i wydaje się, że zaraz uderzy w ziemie. Większość ludzi to tylko pasażerowie tej karuzeli zwanej życiem. Niektórzy zwyczajnie kręcą się wraz z obracającym się światem, ale jeśli są tacy, którzy potrafią sprawić, ze świat się kręci wokół nich, to Clarence z całą pewnością do tej wąskiej grupy należy. Mało tego, świat nie będzie się tylko kręcił wokół niego, on jednocześnie z doskonałą precyzją będzie potrafił powiedzieć co dzieje się w danym zakątku świata o wybranej porze.

Seedorf to perfekcjonista. Wybiera sobie cel, dokładnie planuje ścieżkę, którą zamierza podążać i dzięki konsekwencji oraz zaangażowaniu w wykonywane czynności te cele osiąga. Czy to magia? Nie sądzę. Teraz jego celem będzie wydobycie Milanu z kryzysu i jeśli dostanie wystarczająco dużo czasu to dźwignie ten klub z odmętów przeciętności i wsadzi go z powrotem na futbolowy piedestał. O to nie trzeba się martwić, jedyne czym trzeba się zająć, to dopilnować, żeby wszyscy jego współpracownicy chcieli ciągnąć ten wózek w jednym kierunku. Ot i cała magia. Niby takie proste, a jednak skomplikowane.

Czarna dziura szaleje w Bydgoszczy

Bydgoszcz. Na tę krótką chwilę staje się centrum wszechświata. Tutaj czarna dziura wysysa zdrowy rozsądek i pozostaje tylko kopuła, pod którą znajduje się wielka pustka. Skąd się wzięła? Jak powstała? Być może kiedyś wyjaśnią to na Discovery Science. Jak na razie jest to wielka tajemnica.

Obrazek

Zanim zacznę muszę napisać kilka słów wytłumaczenia. Otóż w tym miejscu zazwyczaj piszę o kibicach w pozytywnym kontekście. Wiele razy byłem na meczach i dawałem się ponieść atmosferze, sam też jestem kibicem pewnego klubu od wielu lat i choć nie były to lata tłuste to pozostawałem z nim na dobre i na złe. Zawsze też czułem sympatię do Zawiszy Bydgoszcz. Pamiętam doskonalę pakę z początku lat 90-tych z Jackiem Kotem, Darkiem Pasieką, Januszem Czyrkiem, mogę też opowiedzieć historię Krzysztofa Berendta (co pewnie kiedyś zrobię w innym miejscu), czy przypomnieć historię upadku bydgoszczan sprzed 20 lat (co zrobię niebawem w piątkowym cyklu „Wehikuł czasu”). Jednak dziś nie mogę patrzeć na to co się dzieje w tym mieście. Boli mnie to co robią kibice, bo przecież dostali na tacy sukces, ale trzeba się zastanowić dlaczego to robią i co ich popchnęło do takiego zachowania.

Radosław Osuch – to on wprowadził Zawiszę do ekstraklasy. Owszem, zrobił to z pomocą miasta, otrzymał z miejskiego budżetu pieniądze, którymi uregulował zaległości w stosunku do urzędu. Z jednej strony można to traktować jako finansową spekulację, ale z drugiej… Inaczej. Jeśli masz łeb, pomysł na biznes, i znajdziesz legalny sposób by go wprowadzić w życie, to go wprowadzasz. W tym miejscu Osuch jest dla mnie czysty.

A więc były menedżer przejął klub za miejskie pieniądze i wprowadził go do ekstraklasy. Z pewnych informacji można wyciągnąć wnioski, że gdyby mu się to nie udało, to miasto mogłoby mu odebrać wszystkie zabawki bez wypłacania złamanego grosza, więc Osuch jednak coś ryzykował. Z innych informacji wynika, że w wypadku braku awansu miasto zapłaciłoby 505 tysięcy, czyli tyle za ile sprzedało, a to już jest bardzo duży ukłon ze strony władz miasta.  W każdym razie nowy właściciel miał pewien pomył, postawił wszystko na jedną kartę i udało mu się! Jednak kiedy już wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku okazało się, że właściciel klubu sprowadza piłkarzy, których menedżerem jest jego syn. To już pachnie malwersacją finansową, ale czy do Bydgoszczy nie trafili tacy piłkarze jak Goulon, Vascocelos, czy Luiz Carlos? Można mieć wątpliwości co do sposobu działania, ale co do efektów nikt nie może mieć żadnych pretensji, a przecież to, że klub gra w ekstraklasie i radzi sobie w niej co najmniej przyzwoicie, powinno cieszyć kibiców.

Znam taką firmę budowlaną z okolic Bydgoszczy. Jej właściciel posiada pięć innych firm, które są powiązane z branżą. Jeśli ta główna wygrywa przetarg to kupuje materiały w firmie należącej do tego samego właściciela, zlecenia, których nie może wykonać sama powierza firmie należącej do tego samego właściciela, wszystko nakręca się samo, a biznes kręci się z zawrotną prędkością. W tym momencie może i Osuch złapał pewną rysę, ale ta rysa znajduje się w granicach przysłowia „cel uświęca środki”.

Idąc dalej dochodzimy do faktów, które dotyczą zwolnienia szanowanego w bydgoskim środowisku trenera, czy zawieszenia dzieci za konflikt ich rodziców z żoną właściciela. Te fakty mają tylko i wyłącznie wymiar ludzki, a z biznesem nie ma to nic wspólnego. Na przykład: Mój szef może być najgorszym skurwysynem o ile moja firma będzie dzięki temu zarabiać większe pieniądze, w związku z czym jako jej pracownik będę miał z tego wymierne korzyści. I choć rysa jest coraz większa, to w pewien sposób uwydatnia ona pewne cechy, które przynoszą korzyści w biznesie.

Czytając opinię na forach czy na Facebooku spotkałem się z różnymi komentarzami. Jeśli ktoś broni Osucha to zazwyczaj spotyka się z taką oto odpowiedzią: − Nie wiesz o co chodzi, więc morda w kubeł i się nie odzywaj. Wygląda to na jawny brak argumentów i przyjmowanie pewnej postawy dla samej postawy, bez względu na ideę. W odpowiedzi powinny być konkretne zarzuty, fakty, argumenty, inaczej temat zostanie odebrany jako postawa roszczeniowa strony, której tych argumentów brakuje. I tak właśnie jest, wiele osób uważa, że kibice przyjęli postawę roszczeniową.

Wszyscy, którzy dotrwali do tego momentu są przekonani, ze oto znalazł się kolejny adwokat Osucha. Błąd. Nie znam Osucha, nie rozmawiałem z nim, uważam tylko, że w biznesie trzeba znaleźć sposób, żeby sobie poradzić. Były menadżer ten sposób znalazł, dzięki czemu ustawi sobie swoją rodzinę, a przy okazji Zawisza będzie osiągał sukcesy. Co w tym złego? W polskiej rzeczywistości trzeba obejść pewne zasady, żeby osiągnąć sukces, inaczej zwyczajnie się nie da. Więc skoro Osuch obszedł zasady, wykorzystał nadzwyczajną przychylność urzędu miasta do osiągnięcia celu, to raz jeszcze podkreślę – chwała mu za to! Problem leży gdzie indziej.

Jeśli chcesz osiągnąć sukces, to musisz być świadomy, dlaczego i dla kogo go osiągasz. W piłce nożnej prawdziwym klientem, który decyduje o sukcesie jest kibic. Owszem, możesz osiągnąć sukces sportowy, ale jeśli nie pójdzie za tym sukces marketingowy, albo inaczej, jeśli Twoi klienci nie będą w pełni zadowoleni z tego sukcesu, to on szybko przerodzi się w porażkę. Osuch zapomniał o podstawowej zasadzie biznesu, jeśli chcesz zarobić pieniądze, to ten kto ci je daje musi być z tego zadowolony. Okłamywanie swoich klientów do niczego dobrego nie prowadzi.

Osuch twierdzi, że jest filantropem i dopłaca do biznesu – kłamstwo! Kupił klub za nieswoje pieniądze i zagwarantował sobie zwrot kosztów. Twierdzi, że na początku nie miał nic – kłamstwo! Miał kibiców gotowych wydawać swoje pieniądze tydzień w tydzień, żeby zasilić budżet klubu. Twierdzi, że wciąż napotyka na same przeszkody – kłamstwo! Miasto poszło mu na rękę w takim stopniu, że za każdym razem kiedy do niego wjeżdża powinien się zatrzymywać i całować tabliczkę z napisem „Bydgoszcz”. To nic złego, że Osuch osiągnął sukces w taki a nie inny sposób, problem w tym, że nie szanuje tego co dostał.

Jeśli Pan Osuch to przeczyta, to może trafi do niego ta hipotetyczna myśl: Za pięć, dziesięć lat klub przejmie jego syn, powie że ojciec cały czas rzucał mu kłody pod nogi i przeszkadzał w rozwinięciu skrzydeł oraz doda, że wszystko co miał na początku to długi, konflikty i przeciwne mu środowisko. Niech sobie ten Kajtek gra w Lidze Mistrzów, ale jego ojciec raczej nie będzie z tego zadowolony.

W tym momencie wracamy do punktu wyjścia. Czarna dziura – to ona wyssała wszystkim szare komórki. Najpierw władzom miasta, które nie przygotowały rzetelnie transakcji, która powinna być krystalicznie przejrzysta. Potem kibicom, którzy nie doceniają tego, co Osuch dla nich zrobił. I przede wszystkim Osuchowi, który zrobił bardzo dużo, ale przy okazji wmawiał wszystkim jakim to on jest filantropem i dobrodziejem. Okazuje się jednak, że niektórzy te szare komórki posiadają, tylko jakoś media nie chcą tego zauważać. Stanowisko Zawiszafans jest następujące: − Nie zarzucamy Osuchowi, że dziś nie wykłada swoich pieniędzy, wypominamy mu kłamliwe stwierdzenia, w których zapewnia, że wykłada na Zawiszę swoje pieniądze i „nikt mu w Bydgoszczy nie pomaga”. To chyba dość duże nadużycie, skoro lwią część budżetu dostaje z miasta, prawda? Spółka nie finansuje się sama, budżet zamyka się dzięki kasie z miasta. Albo Właściciel zrozumie, że robienie biznesu to nic złego i przeprosi za swoje kłamstwa, albo kolejną ofiarą czarnej dziury będzie wessanie klubu o nazwie Zawisza. 

Polska – raj dla chupacabry

Chupacabra – legendarne amerykańskie zwierzę, którego istnienia nie udało się wiarygodnie potwierdzić. Ów stworzenie rzekomo napada na domowe zwierzęta i wysysa z nich krew. Niektóre legendy mówią, że przypomina ono kojota lub hienę, inne że bliżej mu do małego niedźwiedzia wyposażonego w kolce na grzbiecie. No cóż, gdyby to zwierzę było widziane w Polsce to zapewne porównano by je do niektórych polskich piłkarzy.

Obrazek

W Polsce jest wielu takich pseudograjków, których głównym celem jest wysysanie krwi z organizmu klubu sportowego. Kiedy raz dostali się do zespołu dzięki sprawności menedżera lub za pomocą pewnych układów, wysysali ile się dało. Raz udało się podpisać kontrakt, więc można pobierać pieniądze nie przejmując się zbytnio faktem za co są one pobierane. Tak, Polska to raj dla wszystkich piłkarskich chupacabrów i im podobnych i wiedzą o tym w wielu krajach w Europie i na świecie.

Chupacabry nikt jeszcze nie spotkał, więc nie wiadomo czy da się ją przegonić miotłą, czy może będzie trzeba użyć osinowego kołka. Jednak patrząc na ligę polską mamy pewne podejrzenia gdzie można takiego wysysacza znaleźć. Obieramy kierunek Kraków, bierzemy dla zabezpieczenia osinowy kołek i szukamy Fabiana Burdenskiego. Jak ten chłopak dostał się do Wisły? W mediach aż huczało, że chodzi o jakieś układy i układziki, ale to nic, piłkarz miał okazję udowodnić, że nie jest postacią przypadkową. Jednak jego występy w rezerwach były tak żałosne, że nawet tam pokazano mu miejsce na trybunach. Pokazano by zapewne drzwi, ale przecież wiąże go z klubem umowa. Na szczęście jego kontrakt kończy się w czerwcu 2014 roku, więc do tej pory nie powinien wyssać zbyt dużo z klubowej kasy „Białej Gwiazdy”.

Kraków w ogóle jakoś przyciąga chupacabry. W minionym roku głośno było o Sorinie Oproiescu, który zmontował jakiś film na You Tube i dzięki temu dostał się na testy do klubu z ulicy Reymonta. Nikt by nawet nie zauważył, że jego celem jest podstępne przyssanie się do klubowego krwiobiegu, gdyby media nie odkryły, że coś z tym grajkiem jest nie tak.

Chupacabry upodobały sobie także Zabrze. Tutaj swojego czasu klubową kasę z powodzeniem drenowali Paweł Strąk i Damian Gorawski. Pierwszy miał sporą nadwagę i wyglądał jakby wessał już trochę za dużo, drugi nie nadawał się już nawet do biegania, ale nie przeszkodziło to w podpisaniu wysokiego kontraktu. Pozbycie się tej dwójki nie było łatwe, ale po kilku latach w końcu się to udało. Szkoda, że ci dwaj nie podeszli do sprawy jak Konrad Gołoś, który co prawda podpisał kontrakt, ale po chwili zrezygnował, bo stwierdził, że zdrowie nie pozwala mu na pokazanie pełni swoich możliwości. Konradowi należy się za to szacunek.

Takich wysysaczy można znaleźć niemal w każdym klubie, choć łatwo pomylić krwiopijcę ze zwykłym piłkarzem, któremu zabrakło szczęścia lub przychylności pewnych ludzi. Tak może być na przykład z Andrzejem Niedzielanem (może ale nie musi), który nie gra w Ruchu Chorzów, ale wciąż utrzymuje doskonałą sylwetkę, czy z Marcinem Kikutem, który również w Chorzowie miał pod górkę. W Polonii Warszawa postanowiono nawet utworzyć Klub Kokosa na cześć odkrycia człowieka, którego prezes uważał za krwiopijce, ale w jego przypadku nawet kura, która zniosła złote jajo o dziesięć minut za późno jest darmozjadem. W Legii klasycznym przykładem pobieraczy pensji byli Suler czy Antolović, Lech Poznań długo ponosił konsekwencje transferów Harisa Handzicia i Gordana Golika, którzy de facto nie byli nikomu potrzebni. No cóż, widocznie taką chupacabrę łatwo znaleźć kiedy na siłę chce się uszczęśliwić trenera i sprowadzić mu zawodnika, którego niekoniecznie potrzebuje.

Zimowa karuzela transferowa powoli się rozkręca i bardzo łatwo by wrzuciła ona przypadkiem do klubu kogoś, kto za piłkarza tylko się podaje. W dzisiejszych czasach niby obserwuje się piłkarza, ale dla niektórych ciepłe słówko menedżera czy płyta dvd jest wystarczająca, by położyć na stole wysoki i długotrwały kontrakt. No cóż, skoro tak to widocznie ci fachowcy zasługują na pasożyta w postaci chupacabry.

„Historia nie pozwoli mu umrzeć” czyli hołd dla Eusebio

23. lipiec 1966 roku. Koreańczycy z Północy strzelili już trzy gole Portugalczykom i są o włos od awansu do półfinału Mistrzostw Świata. Azjatom do sprowadzenia rywala na deski potrzeba było tylko 25 minut, więc wiara opuściła już nawet tych, którzy wierzą w cuda. Wiary nie stracił tylko jeden człowiek, który po stracie trzeciej bramki stwierdził, ze czas wziąć losy meczu w swoje ręce. Jeszcze przed przerwą zdobył dwie bramki i wynik brzmiał 2:3, w drugiej połowie dorzucił kolejne dwie i Portugalia prowadziła już 4:3. Potem jeszcze stworzył sytuację, po której Augusto rozwiał wszelkie wątpliwości kto powinien zagrać w kolejnej rundzie. Tego dnia Eusebio dokonał niemożliwego, ale przecież jemu się to zdarzało dość często.

 Obrazek

Eusebio przyszedł na świat 25 stycznia 1942 roku w Mozambiku. Z tego kraju pochodziła jego matka, z kolei ojciec przywędrował tam z Angoli. W tamtych czasach oba te kraje były terytorium zamorskim Portugalii, więc Eusebio da Silva Ferreira – bo tak brzmiało jego pełne imię i nazwisko – ten kraj zawsze był jego ojczyzną. Wychowywał się w trudnych warunkach, bowiem Mozambik był bardzo zacofanym krajem nawet jak na tamte lata, lecz prawdziwe problemy zaczęły się po śmierci ojca, kiedy chłopak miał zaledwie osiem lat. Od tej pory opiekowała się nim matka wraz z licznym rodzeństwem, ale tak naprawdę wychowywała go też piłka. Urodzony w Lourenco Marques chłopiec uwielbiał futbol i choć nie miał butów, a piłkę tworzyło się za pomocą zmiętych gazet włożonych w skarpetę, poświęcał swojej pasji dużo czasu. W końcu zdecydował się spróbować szczęścia i zgłosił się do klubu Grupo Desportivo Lourenco de Marques, który był filialnym klubem Benfiki. Tam pokazano mu drzwi, więc udał się do Sportingu Lourenco de Marques – filialnego klubu Sportingu Lizbona. Tutaj już nikt nie próbował wybijać mu futbolu z głowy.

Dość szybko okazało się, że ten młodzian ma nieprzeciętny talent. Jego popisy w Mozambiku dostrzegł jeden z włoskich skautów i niewiele brakowało, by Eusebio trafił do Juventusu Turyn. Na przeszkodzie stanęła matka, która powiedziała „Nie” i za nic w świecie nie można było jej przekonać. Portugalczyk mógł też grać w Brazylii. Jednym z pierwszych zwolenników jego talentu był Jose Carlos Bauer, który polecił piłkarza do Sao Paulo. Władze tego klubu nie były jednak zainteresowane młodzianem.

Być może wyszło mu to na zdrowie, bo trzy lata później Bauer polecił go do… Benfiki Lizbona, która od razu powiedziała „Tak”. W tym samym czasie zapragnął go mieć u siebie Sporting i piłkarz mógł wybierać w którym ze sławnych lizbońskich klubów chce grać. O jego decyzji zadecydowały pieniądze: Sporting chciał go za darmo, natomiast Benfica oferowała mu solidny, jak na tamte warunki kontrakt. Podjęcie decyzji było więc proste, lecz transakcja musiała się odbyć w tajemnicy przed lokalnym rywalem. Kiedy przedstawiciele Sportingu przyjechali do Portugalii okazało się, że Eusebio zaginął. Przez pewien czas dla niepoznaki mieszkał w hotelu pod nazwiskiem Ruth Malosso. Manewr się powiódł i w 1960 roku „Czarna Perła z Mozambiku” wylądowała w Benfice.

Kiedy zawodnik przyjechał w końcu do Lizbony i ówczesny trener „Orłów”, Bela Guttman, zobaczył go po raz pierwszy, od razu zrozumiał, że ma do czynienia z przyszłą gwiazdą futbolu. − to złoto! − miał krzyczeć Węgier, kiedy nowicjusz popisywał się swoimi nieprzeciętnymi umiejętnościami. W pierwszym składzie zadebiutował jeszcze w sezonie 1960/61, a w czerwcu wziął udział w tradycyjnym turnieju rozgrywanym na Parc de Princes. Benfica grała z Santosem, nasz bohater wszedł na boisko w drugiej połowie i w ciągu 20 minut zanotował hat-tricka. Prawdziwą klasę pokazał w kolejnym sezonie. 12 goli w 17 występach, to znakomity wyczyn, a przecież w tym sezonie Benfica sięgnęła też po Puchar Mistrzów. Można więc powiedzieć, że „Czarna Perła” jak nazywano go od samego początku, miał prawdziwe wejście smoka.

Benfica już rok wcześniej sięgnęła po Puchar Mistrzów przerywając znakomitą passę Realu Madryt, lecz to nie Portugalczycy a Barcelona zatrzymała ekipę „Królewskich” w ćwierćfinale. Tym razem dwóch jedynych jak do tej pory triumfatorów PEMK miało się spotkać w meczu o wszystko. Eusebio strzelił do tego momentu trzy bramki – dwie z Norymbergą w ćwierćfinale i jedną z Austrią Wiedeń w 1/8/ finału. Aguas czy Joao Augusto byli skuteczniejsi, ale to Eusebio miał odegrać główną rolę w finale. Początkowo mógł tylko patrzeć jak Ferenc Puskas zadaje kolejne ciosy obrońcom trofeum, ale w drugiej połowie wziął sprawy w swoje ręce. Wynik brzmiał 0:2, a potem 2:3, ale kiedy Coluna doprowadził do remisu 20-letni wówczas as Benfiki pokazał na co go stać. Najpierw skutecznie wykonał rzut karny, a później popisał się perfekcyjnym strzałem z rzutu wolnego. Wynik 5:3 oznaczał definitywny koniec dominacji Madrytu.

Z tym meczem wiążą się ciekawe anegdoty. W barwach Realu Madryt grał legendarny Alfredo di Stefano. Kiedy Eusebio był mały wyciął zdjęcie słynnego Argentyńczyka z gazety i przez pewien czas się z nim nie rozstawał. Już przed meczem planował poprosić go o koszulkę, a kiedy wygrał podszedł do swojego idola i zapytał go co jada, jak trenuje i jaki jest jego futbolowy sekret. Di Stefano od razu wyczuł intencje młodzieńca, zdjął koszulkę i wręczył mu ją z uśmiechem. Szczęśliwy jak dziecko Portugalczyk pobiegł w kierunku kapitana drużyny, krzycząc: − Panie Coluna, dostałem koszulkę od Di Stefano! Druga anegdota dotyczy rzutu karnego, który skutecznie wykonał nasz bohater. Zanim podszedł do piłki bramkarz Realu – Araquistain – rzucił w kierunku piłkarza kilka epitetów. Czarnuch, pedał, to tylko kilka z nich. Problem w tym, że wykonawca jedenastki nic nie rozumiał i chciał zapytać kapitana swojej drużyny, Mario Estevesa Colunę (swoją drogą też urodzonego w Mozambiku) co te słowa oznaczają. Coluna odpowiedział: − strzel bramkę to ci powiem. No i strzelił. Po meczu bramkarz pobiegł z przeprosinami i dopiero wtedy Coluna wyjaśnił co Hiszpan chciał mu przekazać.

Po tym finale Eusebio miał okazję wyjechać z Portugalii. Zapragnęły mieć go u siebie największe kluby świata, z Interem, Juventusem, czy Realem Madryt na czele. Dla władz klubu byłoby to całkiem niezłe rozwiązanie, bowiem z klubowym budżetem było wówczas krucho. W tym momencie zareagowali jednak kibice, chcący zorganizować zbiórkę pieniędzy, dzięki którym środkowy napastnik miał pozostać „Orłem”. Już wtedy było wiadomo, że ewentualne odejście Eusebio do innego klubu zostałoby potraktowanie jak zdrada, albo zbezczeszczenie świętości narodowej.

Tak zaczęła się znakomita kariera piłkarza, który przez pięć lat nie schodził poniżej pewnego poziomu. Regularnie trafiał do pierwszej piątki plebiscytu France Football na najlepszego piłkarza świata, a w 1965 roku okazał się jego zwycięzcą. W kolejnym roku znów doprowadził swój zespół do finału Pucharu Mistrzów, ale tam Portugalczycy musieli uznać wyższość Milanu, choć po 20 minutach to Benfica prowadziła 1:0 po golu „Czarnej Perły”. Do finału dotarł też w sezonie 1964/65 ale wtedy lepszy okazał się Inter. Nasz bohater świetnie sobie radził w klubie, w którym co rok przekraczał barierę 20 bramek w sezonie, dobrze radził sobie też w drużynie narodowej. W 1966 roku pojechał z Portugalią na mistrzostwa świata, które były rozgrywane w Anglii. To znaczy, najpierw ją tam wysłał, strzelając siedem z dziewięciu bramek w eliminacjach, a potem czarował swoim niebywałym talentem kibiców z całego świata podczas pojedynków z Węgrami, Bułgarią i Brazylią. Portugalia wygrała wszystkie mecze w grupie, wyrzucając za burtę obrońców tytułu (Z Brazylią Eusebio trafił dwa razy), więc spodziewano się, że z Koreą Południową pójdzie jej łatwo. Łatwo nie było, ale dzięki „Czarnej Perle” udało się przejść do kolejnej rundy, co szczegółowo opisujemy we wstępie. W półfinale lepsi okazali się gospodarze, którzy nie mieli zwyczaju przegrywać na swoim terenie, natomiast w meczu o trzecie miejsce Portugalia wygrała z ZSRR 2:1. Eusebio musiał zadowolić się tytułem króla strzelców mistrzostw świata z dorobkiem dziewięciu bramek, choć apetyt miał zapewne znacznie większy.

W kolejnych sezonach słynny Portugalczyk dalej budował swoją legendę, strzelał tyle bramek, że dzisiejsza młodzież uznałaby to za jakieś niestworzone historie, które nie mogły mieć miejsca. 42 gole w 24 meczach? On to zrobił! A do tego prowadził Benfikę do kolejnego finału Pucharu Mistrzów, w którym „Orły” zmierzyły się z Portugalią. To był 1968 rok i chyba potwierdził on fakt, że Portugalczyk miał pecha do Anglii. Dwa lata wcześniej na turnieju odbywającym się na angielskich boiskach gospodarze odebrali mu szansę na tytuł mistrza świata, teraz w Londynie musiał uznać wyższość piłkarzy Manchesteru United w walce o miano najlepszej drużyny Europy. Po 90 minutach wynik brzmiał 1:1, ale w dogrywce worek z golami rozwiązał słynny George Best i ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem „Czerwonych Diabłów” 4:1.

Eusebio pozostał w Benfice do 1975 roku, do tego czasu rozegrał 301 meczów i zdobył 315 goli, lecz licząc wszystkie oficjalne mecze miał tych bramek niemal 650. Potem grywał jeszcze w klubach amerykańskich i w Meksyku, na chwilę powrócił też do Portugalii, by włożyć koszulkę Beira-Mar Aveiro i Uniao Tomar. Podsumowując, w swojej karierze cztery razy uczestniczył w Finale Pucharu Mistrzów, choć zwyciężył tylko raz. Mistrzem kraju był aż 11 razy, po puchar sięgał pięciokrotnie, siedem razy był królem strzelców i trzy razy wygrywał Złotego Buta. Takich osiągnięć mogą pozazdrościć mu najlepsi.

Legendą obrosły nie tylko jego dokonania boiskowe, ale także to jaki był poza nim. Ten człowiek był bardzo przyjaźnie nastawiony do wszystkich, potrafił się też dobrze bawić. Jeff Powell, dziennikarz Daily Mail, w swoim artykule opowiadał, że Portugalczyk często spotykał się z gwiazdami angielskiego futbolu, z którymi lubił przesiadywać w barach do późna. Nawet słynny Gerorge Best miał powiedzieć o nim:  −Człowieku, on to może wypić!. Kto jak kto, ale jeśli mówi to George Best, to trzeba założyć, iż Eusebio miał w żołądku studnię.

Eusebio odszedł, zmarł 5. stycznia i jest to nieodżałowana strata dla futbolu. Dla tych, którzy nie wiedzieli kim był, albo ile dokonał, najlepszym podsumowaniem niech będą słowa Jose Mourinho: −Eusebio to jeden z najlepszych piłkarzy w historii futbolu, szczególnie dla ludzi mojej generacji lub starszych. Jednak dla Portugalii jego nazwisko znaczy coś więcej. Dla nas Eusebio to Eusebio, ktoś kto jest ponad wszystkimi podziałami klubowymi czy politycznymi. Poznałem go, kiedy grał z moim ojcem w reprezentacji. On urodził się 25 stycznia, ja 26 i zawsze o tym pamiętał, wysyłał mi jakąś koszulkę albo piłkę, czasem buty. Ostatni raz widziałem go podczas mistrzostw Europy, było to na Ukrainie, był już wtedy po operacji serca. Nawet wtedy potrafił cieszyć się życiem, robił to zarówno na boisku jak i poza nim. Nie jestem już tak smutny jak nad ranem, kiedy otrzymałem informacje o jego śmierci, bo myślę, że ludzie tacy jak on nigdy nie umierają. Historia czuwa i historia nie pozwoli takim ludziom umrzeć.

EUSEBIO – STATYSTYKA KARIERY

1960/61 Benfica Lisboa………….01 / 00                            
1961/62 Benfica Lisboa………….17 / 12 [ 5 / 2 ]                
1962/63 Benfica Lisboa………….24 / 23 [ 3 / 1 ]               
1963/64 Benfica Lisboa………….19 / 28 [ 5 / 2 ]              
1964/65 Benfica Lisboa………….20 / 28 [ 6 / 9 ]             
1965/66 Benfica Lisboa………….23 / 25 [13 /12]              
1966/67 Benfica Lisboa………….26 / 31 [ 4 / 3 ]              
1967/68 Benfica Lisboa………….24 / 42 [ 3 / 0 ]              
1968/69 Benfica Lisboa………….21 / 10 [ 4 / 2 ]              
1969/70 Benfica Lisboa………….22 / 20 [ 2 / 1 ]              
1970/71 Benfica Lisboa………… 22 / 19 [ 4 / 2 ]               
1971/72 Benfica Lisboa………… 24 / 19 [11/ 4 ]                
1972/73 Benfica Lisboa………… 28 / 40 [ 1 / 0 ]              
1973/74 Benfica Lisboa………… 21 / 16                  
1974/75 Benfica Lisboa………….09 / 02                           
1975…. Rhode Island Oceaners..Regional
1975…. Boston Minutemen……..08 / 02
1975/76 CF Monterrey…………..10 / 01
1976…. Toronto Metros Croatia.25 / 18
1976/77 SC Beira Mar Aveira……12 / 03
1977…. Las Vegas Quicksilver….17 / 02 
1977…. Uniao de Tomar…………Second League
1977/78 New Jersey AmericansRegional

Warszawskie mity, czyli ile warta jest Legia?

Legia zwyciężyła w Lidze Europy. My, piłkoholicy cieszymy się z tego, ale wiemy doskonale, że jest to tylko radość chwilowa. Jednak to zwycięstwo nie może być klapką na oczach zarządu warszawskiej Legii. Mistrz Polski potrzebuje zmian i nie ma ani jednego argumentu, który przemawiałby za kontynuacją obecnej polityki klubowej. Uważacie, że jest inaczej? W takim razie obalmy kilka mitów.

Image

Fakt pierwszy: Legia jest zmęczona

W bieżącym sezonie warszawianie rozegrali jak do tej pory 33 mecze. Dla niektórych piłkarzy jest to ilość przyprawiająca o zawroty głowy i nudności. Nic dziwnego, że niektórzy zawodnicy są zwyczajnie przemęczeni i nie potrafią pokazać na boisku pełni swoich możliwości. Ale czy nie tego można było się spodziewać przed rozpoczęciem sezonu? Zresztą, jeśli spojrzymy na pierwsze mecze Legii to możemy dojść do wniosku, że większość z boiskowych gladiatorów odczuwała zmęczenie już w meczu z New Saints.

Fakt drugi: Legię prześladowały kontuzję

To akurat szczera prawda, bo jeśli policzymy ilu zawodników musiało pauzować w wyniku urazów czy chorób to tym razem nas, piłkoholików, dopadną zawroty głowy i nudności. Ale czy przypadkiem te kontuzje nie są wynikiem źle przepracowanego okresu przygotowawczego? Ktoś popełnił błąd, być może z braku doświadczenia, bo przecież jeszcze nigdy nie miał do czynienia z tak intensywnym sezonem. Jednak jeśli przyjrzymy sie uważnie, to zobaczymy, że urazy trafiały się od samego początku rozgrywek.

Fakt trzeci: Urban ma pomysł na Legię

Pojawiły się głosy, że trener Jan Urban to dobry fachowiec, który ma pomysł na Legię. Może i tak rzeczywiście jest, tylko ten pomysł wciąż nie został wcielony w życie. Legia nie ma stylu, trudno wskazać aspekt, w którym byłaby mocna i zdecydowanie nie jest drużyną, tylko zlepkiem indywidualności. Chyba, że w tym chaosie jest metoda, którą opracował trener.

Fakt czwarty: Legia stawia na młodzież

Mówi się, że Jan Urban daje szanse młodym. Spójrzmy: Jeśli zdrowie pozwala to w pierwszym składzie grywają Bereszyński, Furman, Żyro, Łukasik, Kosecki a swoje szanse dostali też Cichocki i Kopczyński. I wszystko jest w porządku, o ile pominiemy fakt, że żaden z tych zawodników nie ma mniej niż 21 lat. Młodszy jest jedynie Patryk Mikita, który zalicza głównie ogony, mimo faktu, iż napastnika w wysokiej formie piłkoholicy nie widzieli przy Łazienkowskiej od czasu hat-tricka Marka Saganowskiego, co miało miejsce 2. czerwca 2013 roku. Perełki z młodszych kategorii wiekowych tkwią w rezerwach, lub są wypożyczani na przykład do Podbeskidzia Bielsko-Biała. Jak to się ma do Wisły Kraków (Stolarski), Lecha Poznań (Linetty, Kownacki)?

Fakt piąty: Legia gra słabo, ale jest najlepsza w lidze

Piątym i chyba najważniejszym argumentem przemawiającym za kontynuowaniem obecnej polityki klubu, jest fakt, że Legia jest mistrzem Polski, sięgnęła po krajowy puchar i dodatkowo usadowiła się na pozycji lidera w bieżącym sezonie ekstraklasy. Jednak, żeby właściwie ocenić jej obecną sytuację trzeba spojrzeć na całą sprawę z kilku perspektyw. Po pierwsze – jak Legia grała rok temu a jak gra teraz. Po drugie jak prezentuje się na tle drużyn z ligi polskiej i jak wytrzymuje zderzenie z klubami spoza własnego podwórka. Po trzecie, jak Legia radzi sobie z rywalami grającymi agresywnie, a jak przeciwko drużynom, mającym zakodowane w głowie, że nic nie muszą. Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia i jeśli siądziemy sobie w ciepełku i mamy widok wyłącznie na to co się dzieje obecnie w ekstraklasie to jest nieźle. W lidze, w której wszyscy pikują w dół jak słynny Austriak Felix Baumgartner, ten który spada najwolniej jest mistrzem sztuki latania. Tylko, że tak naprawdę finał tego lotu może być tylko jeden – zderzenie z ziemią jest nieuniknione.

Fakt szósty: Legia ma perspektywy

Legia ma kilku młodych piłkarzy, których można drogo sprzedać, a więc są ciekawe perspektywy. To mit, w który chyba już nikt nie wierzy. Młodych i utalentowanych to Legia miała kilka lat temu i na nich powinna budować drużynę, która mogłaby powalczyć o Ligę Mistrzów. Z Jędrzejczykiem, Borysiukiem, Rybusem i Wolskim, grającymi regularnie i rozwijającymi się harmonijnie szansa byłaby większa. Fakt, z tych pieniędzy Legia żyła, tak jak teraz przeżyje dzięki wysokiej kwocie transferowej za Dominika Furmana. Jednak sprowadzanie w ich miejsce przeciętnych obcokrajowców, którzy zarabiają krocie i raczej nie da się ich sprzedać za wyższą kwotę, jest gwałtem na zdrowym rozsądku. Lepszym rozwiązaniem od kupna Ojamy, Helio Pinto i Dossy Juniora byłaby inwestycja w grajka pokroju Ljuboi i postawienie na dwóch młodych i utalentowanych wychowanków. Ale do takich posunięć trzeba najpierw dorosnąć.

Tu potrzebna jest rewolucja

Obalenie powyższych argumentów nie było trudnym zadaniem, ale prawda jest taka, że łatwo też pisać: Zwolnijcie trenera, bo ten się nie nadaje. Zmiany, których potrzebuje Legia są znacznie większe niż tylko wymiana sternika. Tutaj trzeba zastrzyku świeżej krwi, która będzie się gotować jeśli zajdzie taka potrzeba. W miejsce odrabiających pańszczyznę najemników powinni przyjść ludzie, którzy oddadzą serce za klub i zarażą taką postawę młodych piłkarzy. Tak, tu potrzebna jest rewolucja, ale nie personalna, tylko charakterologiczna.

Lubin tonie w majonezie

Jeśli w Twoim klubie kibice biorą sprawy w swoje ręce to wiedz, że coś się dzieje. Jeśli dwóch zawodników musi robić obdukcję po spotkaniu z fanami to wiedz, że coś się dzieje. Jeśli w samochodzie jednego z piłkarzy znajduje się cegła, która trafiła tam przez przednią szybę to wiedz, że coś się dzieje. Możesz oczywiście udawać bohatera filmu „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem” ale opinia publiczna widzi i wie, że coś się dzieje. Ale o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi?

 Image

W minionym tygodniu dwóch piłkarzy Zagłębia Lubin zostało zaatakowanych przez niezidentyfikowane osoby. Robert Jeż i  Dennis Rakels przyjęli kilka tak zwanych strzałów między oczy. Z kolei Michał Gliwa otrzymał prezent mikołajkowy w postaci cegły w samochodzie. Oczywiście wszystkie tego typu zachowania zasługują na potępienie i nawet słabe wyniki czy wysokie kontrakty nie usprawiedliwiają ataku na piłkarzy. Nie ma miejsca w polskim futbolu na tego typu agresję i klub powinien zrobić wszystko, żeby ukarać ludzi, którzy dopuścili się haniebnego ataku. Jednak w tym całym zamieszaniu pojawia się jedno małe ale.

Spójrzmy na to co działo się w Zagłębiu w tym sezonie. Oglądanie „Miedziowych” smakowało jak majonez, a połykanie majonezu przez 90 minut nie należy do przyjemnych czynności. Po skonsumowaniu tego produktu spożywczego zazwyczaj dostawało się zgagi, która nijak nie chciała ustąpić, co jest chyba normalne przy takiej porcji pożywienia o podobnej konsystencji. Fanom Zagłębia nie było z tym komfortowo.

Kibicowanie drużynie piłkarskiej na dobre i na złe jest równoznaczne z wzlotami i upadkami, jednak kiedy okazało się, że ci, którzy faszerują ich majonezem zarabiają po 50 tysięcy złotych miesięcznie, granica między dobrem i złem mogła się trochę przesunąć. Fani czuli się nie tylko oszukiwani przez piłkarzy, ale też zdali sobie sprawę z faktu, że zawodnikom nie robi to żadnej różnicy.

Kibice przejedzeni majonezem, który okazał się bardzo drogim, ale jednocześnie słabej jakości produktem, wciąż zaciskali zęby i starali się zachowywać zgodnie z ogólnie przyjętymi normami. Ale kiedy okazało się, że w wolnych chwilach zawodnicy jeżdżą sobie do Czech, żeby w sielankowej atmosferze wychylić parę mocniejszych z dawnym kolegą, miarka się przebrała. Zwieracze pękły, a ból po wypróżnieniu tej całej masy był nie do zniesienia. I teraz pytanie za kolejną cegłę, co w tym momencie powinien zrobić klub? Reakcja powinna być natychmiastowa i transparentna, powinna uderzyć nie tylko w trójkę praskich imprezowiczów, ale też w cały zespół. Wtedy kibice poczuliby, że zarząd stoi po stronie kibiców, a nie tylko wykonuje ruchy na alibi.

W ostatnich miesiącach modne jest piętnowanie kibiców, ale czy nie jest tak, że cierpliwość tych kibiców została wystawiona na niezwykle ciężką próbę? Planując pewne ruchy, czy to transferowe, czy w kwestii kar dla piłkarzy, należy brać pod uwagę opinię kibiców. Taki fan, którego niejednokrotnie można zaliczyć do fanatyków, może zareagować różnie. Niestety w Polsce znaczenie słowa psychologia tłumu ogranicza się do psychiki jednostki. Zupełnie jakby świat był tylko czarny i… czarny, bo przecież z punktu siedzenia, w jakim znajdują się decydenci widać ten sam widok.

Jeszcze raz podkreślę, nie tłumaczę w żaden sposób zachowania kibiców, było one godne potępienia i nie ma nic co mogłoby ich usprawiedliwiać, nawet te kilogramy stęchłego majonezu. Jednak osoby zarządzające profesjonalnym klubem powinny umieć takie sytuacje przewidywać i stosować odpowiednie środki zapobiegawcze, lub wykonać uderzenie wyprzedzające. Jeśli władze klubu tego nie robią, to wiedz, że coś się dzieje.